No to zaliczone. Za nami nasz pierwszy koncertowy wypad za granice.
Szkoda tylko że taki krótki. Bo z tych 5 dni jakieś 60% czasu spędziliśmy w busie. Ale i tak było warto!
Na miejsce dotarliśmy w piątek ok. 14tej. Pozbieraliśmy resztki sił i ruszyliśmy trochę pozwiedzać miasto. Samo clermont-ferrand wielkiego wrażenia na nas nie zrobiło. Niby ładne ale trochę nijakie. Za to jest położone w dolinie i gdzie się nie obejrzeć to widać na horyzoncie góry. Jest jeszcze starówka, najważniejsze budynki są ze średniowiecza, i przez to jest dość mroczna. Po drodze do clermont-ferrand ostatnie miasto jakie mijaliśmy to vichy – piękna miejscowość, kojarząca się z śródziemnomorskimi klimatami. Na niektórych trawnikach pojawiały się nawet palmy. Po tym co zobaczyliśmy w vichy, chyba liczyliśmy na podobny klimat w clermont-ferrand. Ale z drugiej strony nie zwiedzanie miasta było naszym głównym celem!
Przez cały pobyt pogoda była doskonała – słonecznie i gorąco. Po zwiedzaniu ruszyliśmy na festiwal. Koncerty odbywały się La cooperative de Mai, gdzie znajdowała się sala wielkości warszawskiej Stodoły (pomimo dużych rozmiarów była bardzo klimatyczna) i sala kameralna, na ok. 400 osób. To na tej mniejszej scenie mieliśmy zagrać, jak się okazało, po koncercie Bloc Party. Niedaleko znajdowały się jeszcze dodatkowe 2 sceny w cyrkowych namiotach.
Jak tam przyjechaliśmy po raz pierwszy, to na początku trochę nas rozczarowało, że na terenie festiwalu prawie nie ma ludzi. Ale jak weszliśmy do głównej sali to wszystko stało się jasne – w środku był tłum, nikt nie marnował czasu na zewnątrz, widać było, że ludzie przyszli na ten festiwal przed wszystkim dla muzyki.
Jako pierwszą usłyszeliśmy grupę „I’m from Barcelona” (która jest ze Szwecji). Ciężko byłoby ich policzyć na scenie. Ale ich wielogłosy dawały bardzo ciekawy efekt, czuć było wyjątkową moc, która nie wynikała z mocy instrumentów, jak to bywa zazwyczaj, ale z mocy gardeł. Duże wrażenie zrobił tez na nas ich show od strony wizualnej – w pewnym momencie na publikę zaczęły się sypać tony błyszczącego czerwonego confetti i latać nad nią ogromne czerwone balony. Klimatycznie. Rzadko się takie rzeczy widuje.
Później trafilliśmy do jednego z cyrkowych namiotów na koncert „zZz”. Skład, tylko 2 osoby: na perkusji i wokalu starszy typ ubrany na rockersa (skórzane spodnie, bandamka, długie włosy) i klawiszowiec. Punkowa perkusja, dość mroczny głos, trochę jak z Joy Division, i przestrzenny klawisz. Bardzo wkręcające i energetyczne – nie dało się ustać spokojnie („lubię w klubie” zobowiązuje ;))
Po wyjściu z namiotu niespodzianka - na trawie, pod chmurką, swoje wzmacniacze rozstawia kapela Araban (trzech gitarzystów i perkusista, który gra tylko na werblu). Tego występu nie ma w oficjalnym line-upie. Chłopaki ostro dali czadu. Niegrzeczne gitarowe granie z darciem mordy (prosto z płuca, bez mikrofonów) z motywami rodem z Bałkanów (zdaje się).
Na koniec został nam koncert gwiazdy wieczoru: Charlie’go Winstona. Genialny występ. Charlie jest doskonałym wokalistą i showmanem. We Francji jest wielką gwiazdą. Klimaty trochę soulowe, trochę westernowe, trochę folkowe, jazzowe ale równocześnie współczesne, wszystko na bardzo wysokim poziomie. Taki trochę bardziej klasyczny Justin Timberlake.
No i na after jeszcze raz do namiotu – tym razem na Ebony Bones. Zespół z czarnoskóra ekscentryczna wokalistka, w jakimś punkowo-kosmicznym stroju, mocny elektroniczny bit i rockowe gitary. Kolejny mocny i energetyczny show. Uff…
Aż ciężko uwierzyć, że ten wieczór był nazwany wieczórem popu! Heh, żeby u nas tak pop wyglądał.
Następnego dnia o 14tej wzięliśmy udział w panelu na temat muzyki i nowych mediów. Jako eksperci oczywiście! ;) i jako jedyni reprezentowaliśmy na tym panelu artystów. Oprócz nas wzięli w nim udział promotorzy, agenci koncertowi, media itp. Opowiadaliśmy o naszych doświadczeniach z nowymi mediami, dlaczego są dla nas ważne itp. Nie zapomnieliśmy wspomnieć też o Was, naszych fanach. Bo oczywiście bez Was te nowe media, jak chociażby myspace, nie miałyby sensu. Opowiadaliśmy o tym jak wspaniale za pomocą avatarów wspieraliście nas przy okazji eurowizji, czy też o tym jak pomagaliście nam zorganizować odwołany koncert w Krakowie.
Później próba, obiad i czekanie na nasz występ. Tego dnia muzycznie nie było już takich doznań jak dzień wcześniej. Na pewno z wyjątkiem Get Well Soon – polecamy! Poza tym przegapiliśmy koncert maximo park - zagrali jako pierwsi tego dnia. czegoś takiego się nie spodziewaliśmy. nie są chyba tutaj tak bardzo znani i lubiani jak u nas. W czasie koncertu Bloc Party czekaliśmy już na backstagu w gotowości.
Nasz koncert będziemy wspominać bardzo ciepło. Graliśmy jakieś 40 minut. Co prawda sala nie była nabita po brzegi, pewnie po Bloc Party nie wszyscy mieli siły na kolejny koncert (bądź co bądź energetyczny, jak to u nas), ale przyjęcie było bardzo gorące. Ludzie bawili się od początku do samego końca, tak że skończyło się bisami. Jakby co najmniej kiedyś słyszeli nas wcześniej! :)
Po koncercie jeszcze udało nam się pogadać trochę z wokalistą Bloc Party, któremu przekazaliśmy butelkę polskiej wiśniówki (ciepło wspominał występ w Polsce na Openerze). A potem długo jeszcze bawiliśmy się na after party… niestety bez bloc party, bo chłopaki od razu musieli jechać dalej w europe…
A następnego dnia, na ciężkiej „niedyspozycji”, do Polski…
Tak to mniej więcej wyglądało. Było naprawdę lepiej niż byśmy się spodziewali! Mamy nadzieję, że to nie nasz ostatni taki wypad.
Salut!!! :)
RENTONy