 |
Do Ernesta Brylla U nas ponuro. Ledwie że wieje Sabaki się snują szczekając na życie. Wyhodowałam w doniczce nadzieję I pieszczę jej listki mizerne i tycie. Początek nie koniec a myśl tak leniwa, Jakby ją podjął kto spirytusem - I strach, że na pewno, że znów będą żniwa - No, ale jakie? Znów krew na obrusie? Żółty, jesienny, złowrogi nie błogi, Tak jakby zazdrość opadła na drzewa I budzą się zjawy, demony i bogi, Które już były - i już ich nie trzeba. No, ale miłość - utula o zmroku I stąd nasycenie i krople czułości. Prawie wystarcza ożywczych jej soków, By praw do błękitu już sobie nie rościć. Pan, tam w zieleniach, spisuje wrażenia I trudno odgadnąć, czy z dziegciu czy z miodu A nas tu fioletem nachodzą wspomnienia, Gdy czerń wpada w czerwień i w złoto słońc wschodów. I wie Pan, brakuje w kolorów palecie Barw transparentnych, łagodnych pasteli - Wciąż tylko ciężkie olejne zamiecie - Brakuje szkiców i brak akwareli... Antoine de Saint - Exupery W tym świecie, gdzie życie chce łączyć się z życiem I kwiat każdy z kwiatem są razem na wietrze Samotność jedynie człowieczym przeżyciem Samotność i w życiu i po nim i wiecznie W tym świecie po stokroć widzianym już z góry Gdzie światła nie gasną po domach poetów A światła jak gwiazdy i gwiazdy ponure Zgaszone zamknięte dla ludzi od wieków W tym świecie mnie nie ma Kochałem go bardzo Gdzie indziej też mienią Się gwiazdy i światła A ludzie kochają A ludzie kochają A ludzie kochają I gardzą Obnoszę tu młodość swą w śmierci żarliwie I czekam gazeli co w tańcu umarły Wpatruję się w gwiazdy, wpatruję cierpliwie I widzę samotne olbrzymy i karły W tym świecie po stokroć zmyślonym za życia Gdzie światła nie gasną po domach poetów Gdzie wszystko jak dawniej istnieje lecz znika I nie ma już kształtów, gdy przymknę powieki W tym świecie mnie nie ma I nie wiem gdzie jestem Choć tutaj też mienią Się gwiazdy i światła I ludzie znikają I ludzie znikają I ludzie znikają Najłatwiej... Przesądzone losy Rozlał się nad nami świt przyobiecany - Spokój zamiast Raju Razem z ukochaną Przeszliśmy przez mostek a pod jej stopami Ledwie chrzęścił piasek Nie głośniej niż motyl szeleści skrzydłami Wtedy Małgorzata cicho powiedziała Słyszysz? Tak brzmi spokój Od rana do zmroku Będziesz nim oddychał pełnią duszy, ciała, Ja cię ukołyszę Tak brzmi spokój - słyszysz? Będę cię kochała! Popatrz! Dom wieczysty - taki wymarzyłeś! Ma weneckie okno! W takim domu zmokniesz Tylko od łez czystych - taki dom wyśniłeś Ławka, dzikie wino... Pejzaż, co przeminął - upragnione chwile Ona wciąż mówiła ja nasłuchiwałem Czy to szemrze woda, Strumień, czy jej słowa Odnalazłem spokój oraz zapomnienie Miłość, której za nic W świecie nie wymienię na muzykę sfer...
Albert Camus Ciekawe co się z tobą dzieje, Mistrzu Albercie, jesteś t a m ? Jesteś, czy nie ma cię w popiele? Jeżeli jesteś, powiedz nam... Czy są gdzieś Bogi zbuntowane Przeciwko sensom swoich dzieł, Czy poprawiają je – zbawiając, Są Bogi? Powiedz! Tak, czy nie? A śmierć, czy może być szczęśliwa? Choćby w ramionach, choćby z nią – Czy jest piękniejsza, niż jej rywal – Cholernie smutny, zwykły zgon? A oceany, ciepłe morza? Kobiety, absynt, gorzka sól? Czy samym szczęściem cię tam głodzą I zapomniałeś, co to ból – Ten pierwszy przedsmak ukojenia – Cierpienie – bo bez niego nic, Jest tam cierpienie, czy go nie ma? Można szczęśliwie w i e c z n i e żyć? Czy można tam odchodzić, wracać, Jeśli to nieruchomy świat? Może to tylko miejsce straceń, Mistrzu Albercie, Nie mów – „Tak...”
Prawie Sypało się śmiechem - Jak szkłem potłuczonym, Grzeszyło się grzechem A teraz - cóż po nim? Szalało się, piło, Gubiło się siebie - I było tak miło - I prawie jak w niebie. I o to „prawie” się wszystko rozbija, Bo nigdy nam dosyć - nie tak jak w powieściach. I było nam miło a świat nam przemijał, Bezczelnie odchodził, przemijał bez reszty. I śnił nam się człowiek O mądrym spojrzeniu, Co wie nim się dowie O naszym istnieniu – Nie pyta nas o nic, Bo dusza przy duszy – Zrośniemy się w sobie, W miłosnej katuszy. I prawie co noc, widzieliśmy proroczo, Człowieka takiego w patrzących w nas oczach, Co prawie kochały – zamglone znad szklanki – Tych prawie kochanków, te prawie kochanki. Marzyło się Gwiazdę Południa i morza... Wierzyło z nas każde, Że jest taka zorza, Co światłem przemieni, Zaniesie w nieznane, Obejmie ramieniem, Zasklepi tę ranę – To „prawie”, o które się wszystko rozbija, Przez które się prawie dzień z nocą rozmijał, Że prawie się żyło, lub prawie odeszło, Że prawie by było Szczęśliwie - bez reszty.
Żyj za trzech Czego byś nie stracił - będziesz żył Nawet jeśli tylko z braku sił Poznasz jeszcze smak swych życiowych plag Będziesz kochał, będziesz pił Gdzie byś nie uciekał dorwie cię Życie - ono nie jest takie złe Jeszcze będzie śmiech, jeszcze będzie grzech Jeszcze będziesz żył za trzech Będziesz szaleć ze mną do białego dnia Woda sama się przemieni w wino nam Niebo się otworzy traktem mlecznych dróg Będziesz jeszcze chciał i mógł Jeszcze będzie śmiech, jeszcze będzie grzech Jeszcze będziesz żył za trzech Gdzie byś się nie schował ona zna Wszystkie twe uniki aż do dna Miłość znajdzie cię, ona przecież wie Że to dla niej trwa ta gra Gdzieś na krańcach świata spotkasz mnie Będzie razem z tobą zdrowy śmiech Gdzieś w połowie snu powrócimy tu Wtedy ci obiecam znów - - Będziesz szaleć ze mną do białego dnia Woda sama się przemieni w wino nam Niebo się otworzy traktem mlecznych dróg Będziesz jeszcze chciał i mógł Jeszcze będzie śmiech, jeszcze będzie grzech Jeszcze będziesz żył za trzech Czego byś nie stracił...
Oto ja Spojrzyj na mnie Panie Oto ja W przestworzach taki mały pył Głowę Ci zawracam Jak co dnia Posłuchaj, krzyczeć nie mam sił Wśród obłoków mgławic, Z których Ty Przepiękny zbudowałeś świat Ktoś pokornie dławi W gardle łzy Komuś ubywa szybko lat Nie chowaj się Pośród rajskich łąk Nie opuszczaj mnie Przerwij ten krąg Choć raz wstrzymaj czas Purpurowym świtem Zrób to dla mnie chociaż raz Mam do Ciebie kilka Małych spraw Na wielkich lepiej znasz się sam Jeśli przez pomyłkę Trwa ta gra, dziwna gra To oszczędź w niej przegranej nam Pomóż mi obstawić Dobry los Na bilet do Edenu daj Albo tylko ześlij Pełny trzos By w życiu było baju baj Kołysanka dla Kajtka Nocka zbliża się powoli Śpij syneczku, słodko śpij Najpiękniejszy ze snów twoich Śnij do rana, synku śnij, Przytul główkę do poduszki, Zaśnij synku, zaśnij już, Noc się skrada na paluszkach, Żeby Ci nie przerwać snu. Śnij, że leżysz na obłoku Miękkim, ciepłym tak jak puch, Obok ciebie czuwa z boku Anioł stróż, twój wierny druh. Śnij, że fruwasz jak motylek Pośród kwietnych, barwnych łąk, O mamusi też śnij chwilę - Śnij o cieple mamy rąk. Będę solą morskiej wody Będę solą morskiej wody, Która daje kolor głębi, Będę bryzą, dla ochłody, A ty razem ze mną będziesz – Błękit. Będę iskrą w twoim oku Światłem duszy i radością Strugą słońca wśród obłoków A ty będziesz mą miłością Drogą prostą Będzie wielkie przyciąganie Między snami, między nami Oddychanie, miłowanie Między dwoma księżycami Przypływ Będzie droga aż do źródeł Ciemność zlęknie się światłości A u celu, gdy się zbudzisz Nic nie będzie, prócz miłości Cudu.
Dziwni ludzie Dziwni ludzie, Pełni złudzeń, Drepczą wkoło swoich spraw. Śnią o cudzie, Dziwni ludzie, Plankton koralowych raf. O urodzie, O przygodzie, Żeby chociaż raz pod prąd, Przeżyć życie Znakomicie, Móc naprawić każdy błąd. Tacy właśnie, Tacy ciaśni, Tacy dziwni że aż strach, Dziwni ludzie, Pełni złudzeń, Plankton koralowych raf, Tak najprościej Chcą miłości, Która wytłumaczy świat. Dziwni ludzie, Pełni złudzeń, Głodni zysków - syci strat. Dobry Boże, Skoro możesz Gwiazdy wokół palca gnać, Mógłbyś jeszcze Odjąć nieszczęść, Mógłbyś dziwnym ludziom dać... Tak najprościej, Tej miłości, Która wytłumaczy świat. Dziwny Boże, Przecież możesz, Mogłeś od tysięcy lat...
Pomniejsze zdarzenia Pomniejsze zdarzenia A konie w galopie? (A ryby nie słyszą muzyki - dlaczego?) Duszące wspomnienia Jak stryczek pod stropem Po których nie staną na placach pomniki I nikt nie zaśpiewa Te Deum Pomysły na życie Po pięć na godzinę Powzięte po jakimś "życiowym" serialu A cisza na szczycie Bez żadnych uchybień? A reszta z obliczeń kolejnych sposobów Jak żyć, żeby umrzeć pomału? Obrączka - ślad po niej Zginęła - nie szkodzi Już jutro, pojutrze kolejne zdarzenia A prawda, te konie... Nie, nie wiem... Cóż po nich? A jeśli umarły, błąkają się sennie? To zresztą już nie ma znaczenia... *** Wymyśl cieśniny granatowe Przez które nikt i nic nie przejdzie Przepłynę je i nic nie powiem Znajdę cię wszędzie, wszędzie, wszędzie. Obwaruj twierdze niezdobyte Najstraszniejszymi przepaściami Przyjdę i o nic nie zapytam – Przecież ich nie ma między nami Ja o tym wiem i ty to wiesz Że między nami jest kochanie Oczarowanie, przyciąganie, Ja o tym wiem i ty to wiesz Że tylko jeden krok i jestem Przy tobie ciałem, słowem, gestem Jestem Obejmij mnie i mów coś szeptem, Obiecuj szmaragdowe morza Dla ciebie jestem, jestem, jestem Tylko przed tobą się otworzę Bądź mym powietrzem i muzyką Nie znikaj jak ulotna chwila Bądź mym pragnieniem, bądź mym krzykiem, W którym jest siła, siła, siła Ja o tym wiem i ty to wiesz Że między nami jest kochanie Oczarowanie, przyciąganie, Ja o tym wiem i ty to wiesz Że tylko jeden krok i jestem Przy tobie ciałem, słowem, gestem Jestem
Od wschodu do wschodu Mijamy się z prawdą, gubimy oddechy I z pianą na ustach gonimy za słońcem Karmimy znajomych fałszywym uśmiechem A głowy nam ciągle rozpala myśl żrąca Że znów nie zdążymy do nocy do rana Załatwić rozegrać wymyślić przytulić Wcielamy się więc w mechanizmy zegara I czas byśmy chętnie popsuli Od wschodu do wschodu i dłużej Od wschodu do wschodu i jeszcze Bo życia się nie da powtórzyć Bo czas nie wydaje nam reszty Bo słońce zwiększyło obroty Za rogiem znów czai się jesień Bo jutro nie będzie ochoty Bo jutro już nas nie uniesie A gdyby tak cud nam się nagle przydarzył W promocji od Stwórcy gumowe godziny Czy byłoby o czym z sąsiadem pogwarzyć I czy byśmy byli szczęśliwi? Czy w ciszy nie pękłaby głowa od myśli Na które nikt sobie nie może pozwolić Że bez tego młyna jest lżej oczywiście Lecz jakoś tak trochę nieswojo Od wschodu do wschodu i dłużej Od wschodu do wschodu i jeszcze Bo życia się nie da powtórzyć Bo czas nie wydaje nam reszty Bo słońce zwiększyło obroty Za rogiem znów czai się jesień Bo jutro nie będzie ochoty Bo jutro już nas nie uniesie
Żywioły Ze stu żywiołów pokleceni, Z kolorów, miast kalejdoskopów, Pachnący sobą, oddaleni, Nie kochający, może trochę, Tacy najlepsi, przebojowi, Że świat przyspiesza swe obroty, Gdy go nakręca śmiech nasz zdrowy, Do rany przyłóż na kłopoty, Słyszysz? Możemy dalej żyć! Jak gdyby nic! Jak gdyby nic! Ze stu żywiołów; z ognia, wody, Z powietrza, ziemi, z namiętności, Z rozsądku wreszcie – dla ochłody, Z wyrachowania, z krwi i kości, Tak jak żywioły – my - w kipieli, Ślepi w oparach swych ukropów, Dla bezpieczeństwa oddzieleni, Nie kochający! Może trochę... Rozumiesz? Chcemy dalej żyć! Więc idź miłości! Idź już, idź!
Życie dobrze znam! Może nie wiem co napisał Pan Tadeusz Ani kiedy Kolumb odkrył u-es-a Nie wiem kim był ten z Odessy – Odyseusz? Za to życie to ja bardzo dobrze znam Czytam pisma kolorowe z obrazkami Bo tam nie ma wodolejstwa jak w tych bez O aktorach wszystko wiem, ze szczegółami I kto po kim wciąż wylewa morza łez Już nie wspomnę o sposobach stu na cerę I o wszystkim co o astrologii wiem Kto z serialu „Klan” pojechał na Maderę I jak z linii papilarnych wróży się Może nie wiem co napisał Pan Tadeusz Ani kiedy Kolumb odkrył u-es-a Nie wiem kim był ten z Odessy – Odyseusz? Za to życie to ja bardzo dobrze znam Cała sztuka w życiu to być w telewizji No a potem nic nie trzeba robić już Kiedy spłynie sława skutkiem tej decyzji To pod stopy ci wysypią płatki róż Paparazzi nie odstąpią cię na chwilę W Międzyzdrojach dłoni twej zostanie ślad W „Życiu na Gorąco” w „Naj” i w „Twoim Stylu” Będziesz zwierzać się jak weszłaś w wielki świat: „Nie wiedziałam co napisał Pan Tadeusz Ani kiedy Kolumb odkrył u-es-a Ani kim był ten z Odessy – Odyseusz Lecz na życiu się lubiłam zawsze znać...” *** Góry się piętrzą. Rzędy liter Po książkach znają swoje miejsca. Kogoś krzyżują. Drewno lite Krzyża świętego. Moje – sklejka... Ktoś cierpi w sercu strzały losu, Który zawistnie wsadza szpile. Topielec glony zbiera z włosów. Każdy zna miejsce swe. I chwilę. Nawet szarlatan szmaragdowy, Który po barach szydzi z Boga, Reprezentuje pogląd zdrowy, Że w jego duszy tylko trwoga.
A moje miejsce? Moja dusza? Moje ogrody? Tkanka czynów? Coś więcej przecież, niźli susza I smród gnijących już jaśminów Lew. Klatka. Pazur. Krew na oczy. Sen o wolności – koszmar, wstawaj! To życie? Tylko byt roboczy. A tutaj co? Żadnego „w zamian”?
Napiszę bajkę o strumieniu, Żył, śpiewał, tańczył, wody toczył... Źle! Od początku. Więc – się pienił, Odnalazł skałę i zeskoczył. Nie. To nie bajka. „Wolnoć Tomku” Te słowa składać, jeśli wola W dowolne rządki. „W swoim domku”! Zmierz się ze sobą. I podołaj! Niechaj po Tobie dobra pustka – Pełna przestrzeni na pointy. W następnym życiu – wyrzuć „szóstkę” I zostań człecze choćby świętym! "Und die Blumen bluehn ueberall gleich" - - Otto und Pauline Gestorben 1945
Czyli, że wszędzie Paulino Naprawdę wszędzie jest tak samo Sag es mir! To znaczy - wszędzie kwiaty giną Najmarniej w świecie usychają So wie wir? A jeśli kwitną unisono Bezczelnie patrząc słońcu w oczy Jung und frech I zagapieni w jego stronę Nie dowierzają, że się stoczy Kiedyś, gdzieś... A jeśli purpurowym krzykiem Nabrzmiali, nadzy obydwoje W świetle dnia Pod nieobecność ogrodnika Wabią owadów głodne roje Do swych ciał A jeśli nigdy nie kochali Nic prócz oklasków publiczności Nawet w snach Przegrawszy życie dalej grali Spektakl dla Oka Opatrzności Bo tak trza... Ty - nieobecna już w ogrodach Pieszczotą, wonią, barwą żywą Przyznaj że Jeżeli wszędzie - no to szkoda Jeżeli wszystkie - no to krzywo, No to źle... Ich kann es immernoch nicht glauben - Erklaeren wuerde ich es so; „Erbluehen” - das heisst kurze Weile Und „ueberall” gibt's niergendwo.
Niewiasta koszerna, skromna obdarzona łaskami, Najdroższa Jente, córka rabbiego Chaima Zmarła we wtorek, 13. Tammuz 5582
I ...Następnym razem byłabym wodą, Szczeliną skalną, ciepłym powietrzem, Igraszką słońca w soplach lodu, Błękitem? Bielą? Nie wiem jeszcze. Byle bez kształtu i bez imienia, Bez pożądania i niespełnienia, Byle nie Jente... Wolę być raczej zarzewiem strachu, Pomrukiem ziemi, wichurą, deszczem, Pustynną chmurą wścibskiego piachu, Lub błyskawicą - nie wiem jeszcze. Byle nie smutkiem czarnych warkoczy, Byle nie spuszczać skromnie oczu, Nie chcę być Jente... Chcę jak ocean - tak bez przyczyny - Śmierć powodować, rozdawać życie, Nie mieć zasługi, ani przewiny, Nie grzeszyć jawnie ani skrycie. Chcę jak ocean być bezmierna, Naga, nieskromna, niekoszerna, Nie tak, jak Jente... Mówię co myślę, więc skąd ta trwoga? Powstrzymać słowa i tak nie zdołam: O Adonai, J a n i e c h c ę B o g a! O Adonai, do Ciebie wołam! Żywi się modlą! Ja już nie mogę... II Jesteś, o Panie, potężny przez wieczność, Wybawco, Boże, wskrzeszający zmarłych, Świat poisz deszczem, wprawiasz w ruch powietrze, I w łaskawości swojej żywych karmisz, Ty, w miłosierdziu swoim zmarłych wskrzeszasz, Upadających wspierasz, leczysz chorych, Spętanym wolność dajesz, nas pocieszasz, I dotrzymujesz wiary wobec śpiących w prochu, Kto Tobie równy, Kto jest Ci podobny, Królu wszechpotężny, siewco życia, śmierci, Dajesz wzrost zbawienia - Ty, jedyny godny, Wiary w zmartwychwstanie duszy i pamięci. Błogosławiony jesteś Boże Wskrzeszający zmarłych... *
* Gewurot - jedno z „Osiemnastu Błogosławieństw”. Tłum.: Szymon Mucha, Leszek Kwiatkowski.
*** Warto mieć coś "nie na sprzedaż" Choćby wielu chciało kupić Warto mieć Coś własnego , co się nie da Spuścić tanio za walutę Warto chcieć Patrzeć w oczy nagim wzrokiem By zobaczyć w nich człowieka Jakim jest Dotrzymywać innym kroku A gdy trzeba, to poczekać Żeby mieć Spokojną głowę Spokojny sen I rzucać zdrowy, Wyraźny cień I nie palić papierosów Nazbyt wiele, no bo po co I się cieszyć bez wyjątku każdym dniem Warto mieć "coś nie na sprzedaż" Warto mieć Spokojną głowę... Kolęda dla Nieobecnych
A nadzieja znów wstąpi w nas, Nieobecnych pojawią się cienie, Uwierzymy kolejny raz, W jeszcze jedno Boże Narodzenie. I choć przygasł świąteczny gwar, Bo zabrakło znów czyjegoś głosu, Przyjdź tu do nas i z nami trwaj, Wbrew tak zwanej ironii losu. Przyjdź na świat, By wyrównać rachunki strat, Żeby zająć wśród nas Puste miejsce przy stole. Jeszcze raz Pozwól cieszyć się dzieckiem w nas I zapomnieć, że są Puste miejsca przy stole Daj nam wiarę, że to ma sens, Że nie trzeba żałować przyjaciół, Że gdziekolwiek są - dobrze im jest, Bo są z nami, choć w innej postaci. I przekonaj, że tak ma być, Że "po głosach tych wciąż drży powietrze", Że odeszli po to, by żyć, I tym razem będą żyć wiecznie. Przyjdź na świat...
Czwarty Król A ja nie doszedłem A ja zawróciłem Z drogi, którą tamci Wtedy ukończyli Iść nie było po co Było już po czasie Kiedy owej nocy Stało się w szałasie Co się miało stać Byłem pośród ciszy Na rozstajnych drogach Sen mnie ukołysał Więc nie znam prologu Nie witałem przeto Żydowskiego króla Ani tej kobiety Co go wiła w bólach Nie dotarłem tam... Umęczony pracą Ran opatrywaniem Tym, co się wybrali Gdzie ja też dojść chciałem Porzuciłem szlaki Stare koleiny By iść nową drogą Do owej dzieciny W którąkolwiek z stron. Nie niosę kadzidła Mirry ani złota Nie w bogactwa widmach Nie w symbolach cnota - - Czwarty z magów Wschodu Ten, który nie zdążył Odebrać porodu Z Dawidowej ciąży Krążę wciąż po świecie Po nieznanych drogach Niosę w sobie dziecię Niosę w sobie Boga!
Kolęda na początek wieku Człowiekowi spokój? Czynu nigdy dość! Człowiekowi cisza? Chce wyszumieć złość! Człowiekowi miłość? Unieść taki dar! Człowieczego życia - Daj nam Boże, daj! Aż się narodzi znowu, Z Dawidowego rodu, Syn Boga, Odkupiciel, By zmienić nasze życie Żeby zmienić ludzki los Człowiek się zatrzymał? Niesłychany cud! Klęczy przed dzieciną Cały boży lud, Poodkładał proce, Nie chce już się bić! Człowiek znajdzie źródło, Jeśli pragnie pić! Bo się narodził znowu, Z Dawidowego rodu, Syn Boga, Odkupiciel, By zmienić nasze życie, Żeby zmienić ludzki los. Człowiekowi spokój, Człowiekowi raj, Człowiekowi cisza - Daj nam Boże, daj! Człowiekowi miłość, Bogu chwała, cześć! Człowiekowi życie I radosna wieść - Że się narodził znowu, Z Dawidowego rodu, Syn Boga, Odkupiciel, I zmienił nasze życie, I odmienił ludzki los! Galileo Galileo, granatowym snem spowita, Galileo, zbudź się, biegnij Pana witać, Na twym niebie wielkie dziwy, To niechybnie Bóg Prawdziwy, Drogę nam wskazuje gdzie – Na świat przyszedł zapłakany, Pan nad króle, król nad pany – Mały Jezus w Betlejem! Galileo, rozjaśniły się ciemności, Izraelu, dziś się zrodził Bóg miłości, Głośno szlocha, skargi wznosi, Matczynego ciepła prosi, Ten, co zbawi wszelki byt – Przyszedł na świat bez oręża, Umrzeć po to, by zwyciężyć – Nowonarodzony Żyd. Jordan toczy o poranku barwy słońca, Od początku tego świata aż do końca, Łzy obeschły, ścichło łkanie, Maluteńki śni o mamie, Chciałby zawsze przy niej być... Przyszedł na świat zbawić ludzi, Jeszcze zdąży się obudzić! A na razie niechaj śni... Smutki pana A. Pod postacią i obok formy, Cisza gładzi błękitne sztormy, W deszczu kropli jest, w płatku róży, Coś, co ciszę i smutek wróży, Są dziewczęta na morskim brzegu, Wyrastają i kwitną w biegu, Nawołują i wiecznie się śmieją, Oszukują bieg czasu nadzieją, Ale z wolna znikają z oczu, Oszukany czas oczy mroczy, Szybki oddech schwyconej miłości, Do zadyszki się z czasem uprości, Szklane góry i sól oceanów, Błękit pruski, struktura kryształów, Ból i gorzki smak papierosa, Czule tuli wieczorna rosa, Śmieszny bunt, śmieszny człowiek i sztuka Dociekania - czy warto wciąż szukać, W zgiełku doznań i w trudach wyborów, Bunt przeciwko blaknięciu kolorów, Jest milczenie, jak bezruch źrenicy, Lęk przed świtem, co bez obietnicy, W deszczu kropli jest, w płatku róży, Świat i czas, Świat i czas bez powtórzeń. Iskierki Krok po kroku, słowo w słowo, Spełnia się scenariusz zdarzeń, No a przecież nawet nie wiem, kto go pisał, Nie dowierzasz, kręcisz głową, Lecz już wkrótce się okaże, Że ty właśnie jesteś rolą mego życia. Posłuchaj moja iskierko, Posłuchaj mój zimny ogniu, Będziemy razem jutrzenką, Pomagać słońcu się podnieść. Noc zabierzemy ze sobą, Niech się nie szlaja po barach, Niech siądzie z nami nad morzem Jest w końcu taka już stara... Krok po kroku, słowo w słowo, Coraz bardziej jest urocze, Kłamstwo, w które bardzo chciałabym uwierzyć, Kłamstwo w stroju wieczorowym, Najprawdziwsze, prosto w oczy, Eleganckie, w dobrym stylu, jak należy. Posłuchaj moja iskierko... Jak nie ulec zimnym ogniom, One płoną tak rozrzutnie, Że nie sposób wszystkim iskrom spojrzeć w oczy, Żywioł życia - wzorem ognia, Odegramy bałamutnie, W roli iskier, w blasku których świat się toczy... Posłuchaj moja iskierko... Dla J. Są ludzie, których nigdy nie zrozumiesz, I słowa, których brzmienie ciśnie gardło, Jest życie, a ty przeżyć go nie umiesz, Są noce nazbyt długie, dni koszmarne; Obrazy olejne Niedokończone I sterty listów Zakurzone Drzewa za oknem Wilki po lasach Bilet powrotny Na drugą klasę Pociąg pospieszny Opóźniony I są też koniecznie Uczucia zranione Pst! Są morza, obojętne na twe piękno, I góry, których złością nie przesuniesz, Są ludzie, co przed tobą nie przyklękną, Rozumiesz, moja droga, rozumiesz? Są światy nieznane Gdzieś obok ciebie W trzecim i czwartym W siódmym niebie Jest kwaśne mleko W glinianym garnku Świat bez pośpiechu I bez zegarków A w gdańskiej szafie Litr spirytusu - - Skoro już mowa O pokusach... Pst! Są łzy - pamięci formalina; Ze wstydu, żalu i z miłości, I jestem ja, nie zapominaj! W świecie tuż obok, w tym najprostszym, Odwieczny tułacz. Pst! * * * Zatrważająca pełnia wrażeń Jak powodzenia cienka linia Wbrew cmentarzyskom wyobrażeń Znika, urywa się, przemija Zostają puste filiżanki Po wczoraj nie dopitej kawie W oknie zastyga ruch firanki I nagle jest już po zabawie Zostaje łykać hektolitry Żeby choć ciut powstrzymać myśli Że nic nie będzie już niezwykłe Że nic nie może się już przyśnić I nie ma po co się wsłuchiwać W nagłe dudnienie wielkiej ciszy Będzie urodzaj, będą żniwa Jeszcze przylecą ptaki, słyszysz?
*** Odnośnie światów na krawędzi zdarzeń Z których się żaden nie chce ustatkować I przyjść z pomocą, kiedy o nim marzę Podsunąć kształty nowe, nowe słowa Odnośnie kwiatów mojej wyobraźni Których naręcza więdną po wazonach Potrzeba kogoś, z kim będzie mi raźniej Pozbierać wszystko to od nowa Poskładać w witraż odpryski radości By znów trysnęły feerią kolorów Potrzebna miłość - ta pierwszej jakości A nie kolejna sztampowa love story Na złe nałogi Hałas z ulicy Na dobrą drogę Na lepsze życie Na piasek w oczy Kłody pod nogi Wciąż tylko jedna jest odpowiedź - Na deszcz i słońce Na brak ochoty Wizytę krewnych Planet obroty Na mole w szafie I na czekanie Pilnie potrzebne Jest zakochanie *** W dzień powszedni Nie wierzą te ręce Które wczoraj gładziły jej uda Dzień powszedni A one chcą więcej Dzień powszedni a one chcą cudu Dzień powszedni Się deszczem zanosi Z jakiej gliny zlepiono te słowa Dniu powszedni Jak ja cię znoszę! Chciałbym u niej przed tobą się schować U niej dni Nie bywają powszednie Noc do nocy też nie jest podobna Dni powszednie po prostu nie są wcale potrzebne Znacznie lepsze są każdy z osobna By nie snuły się Jeden za drugim W korowodzie, że pożal się Boże Żeby zawsze się chciało Rano wstać i dobudzić Dni powszednich być z gruntu nie może! Zresztą pewnie Nie było nie będzie Dni powszednich na własne życzenie Gdy całujesz kochankę W to i w tamto i wszędzie To nie dzień wstaje, to objawienie! Po kolei Słońc wszystkich kolory Zapach kawy, okruszki w pościeli I papieros przy oknie No bo śmierdzi okropnie Dzień powszedni - a jak przy niedzieli... *** My naiwni niesłychanie Uzbrojeni w papierosa Całe światy mając za nic Odgrażając się niebiosom Tacy śmieszni, tacy mali Spoglądamy groźnie w górę Byleś w końcu nas pochwalił Byleś spojrzał na nas z chmury Byleś czoła pomarszczone Niewypowiedzianym gniewem A zwrócone w Twoją stronę Rozpogodził swoim niebem Byśmy mogli się pochwalić Że piliśmy z Tobą wódkę Żeśmy dobrze się poznali Zapijając wspólnie smutki Powiedziawszy między nami Że życiowy jesteś - znaczy, Że otwarcie się przyznajesz, Żeś ten świat trochę spartaczył Zrozumiemy, obejmiemy I powiemy: nie jest łatwo Ale jakoś przepłyniemy To czerwone Morze... Tratwą Dużo więcej nam nie trzeba Cudów nie żądamy zgoła! Tylko zstąp tu do nas z nieba I niech będzie Twoja Wola! *** W sumie dziękuję, dobry Boże, Za dobrodziejstwo inwentarza, Za to co już się wydarzyło, I co się jeszcze będzie stwarzać, Za zwykłe losu koleiny, W które też wpadam, mimo woli Za wszystkie odkupione winy Bo jak ma boleć - to niech boli Za strach dziękuję mój codzienny Bez niego braknie mi odwagi I za goryczy smak korzenny I wszystkie inne moje plagi Pewnie widziałeś nie raz z góry Jak wygrażałem piąstką małą Pewnie dotarły tam pod chmury Słowa szczekane bez umiaru Słowa modlitwy słowa pieśni Wypchane buntu dynamitem Skreślone raz - nie chcą się skreślić I żyją sobie własnym bytem Dziękuję więc za pobłażanie I za otchłanną Twoją ciszę Dziękuję też i za to Panie, Że nawet nie wiem czy mnie słyszysz... Credo Że skrzepła krew też w wino się zmieni A chleb, że ciałem będzie - nie kamieniem, Że śmierć dopiero jest początkiem życia, (Początki trudne są - lepiej ich unikać), Że czas oznacza z czasem blizn zrastanie, Że wiara w Boga jest niedowierzaniem, Że mur nie po to, żeby łeb oń krwawić, Że pięknym słowem można się udławić, Że śpiewać znaczy podwójnie się modlić, Że milczeć bywa jeszcze godniej, Że żyję tyle tylko, ile kocham, Tego wszystkiego uczę się, Po trochu.
PIOSENKI Z MUSICALU „JULKA NA AFISZ” Mnie tu nie znają
Przedsenna mozaika miasta Ze świateł po domach I pieśni tramwajów Tak głośna i taka jasna A mnie nikt nie woła Mnie tutaj nie znają Zostanę ze światłem księżyca Bo takie niczyje Więc może być moje I mój jest ten park i ulica Na krótką choć chwilę Podniebne pokoje Przestrzenie ogromne i straszne A ciemność się skrada A strach nocą kąsa To wszystko co dziś mam na własność Tę gwiazdę co spada Jak łza zbyt gorąca… Nikt pewnie jej szukać nie będzie Błysnęła i zgasła Nikt klasnąć nie zdążył Firmament się bez niej obędzie Tam bez niej jest ciasno Tam tyle gwiazd krąży…
To coś Codziennie finał, brawa, kurtyna Dla gwiazd są kwiaty, owacje, gwar A mnie codziennie to omija A mogłabym być superstar Kolejny wieczór w garderobie Czesanie peruk… Aż bierze złość Bo w tym na życie moim sposobie Czegoś brakuje, jest jeszcze coś… Jest coś jak wielki zawrót głowy Jak fajerwerki w czarną noc Tak jak szaleństwo, innymi słowy - Czuły mikrofon i twój głos… Spokojny puls a w głosie władza Oni słuchają, teraz ty! Dlaczego innym się to zdarza A ja przerabiam zblakłe sny? Dlaczego mówię „naturalnie, Na jutro wyprasuję frak – Pan dzisiaj zagrał to genialnie, Pani jest śliczna, ależ tak…” Dlaczego mnie nikt nie zapyta Jak ja w tej roli czuję się Może bym chciała też oddychać Powietrzem sceny, bo wiem że… Jest coś jak wielki zawrót głowy Jak fajerwerki w czarną noc Tak jak szaleństwo, innymi słowy - Czuły mikrofon i twój głos… Spokojny puls a w głosie władza Oni słuchają, teraz ty! Dlaczego innym się to zdarza A ja przerabiam zblakłe sny? A złote buty, klucz do sławy Dlaczego innej czyszczę je Może je włożę dla zabawy I sen się spełni, kto to wie Może mnie zaraz wywołają I stanę w nich by błyszczeć tam Gdzie sny najskrytsze się spełniają To jest to coś! Już ja się znam! To COŚ, jak wielki zawrót głowy Jak fajerwerki w czarną noc Tak jak szaleństwo, innymi słowy - Czuły mikrofon i mój głos… Spokojny puls a w głosie władza Oni słuchają, teraz ja! Trochę to wszystko mnie przeraża… O złotych butach sen niech trwa… Życia król
Nie kombinuj za dużo człowieku Żyj po prostu, nie skracaj swych dróg Bez pokrycia nie wystawiaj czeków Żebeś potem pospłacać je mógł Żyj po prostu, żyj pięknie, bądź szczery Idź swą ścieżką do celu na wprost Gdy napotkasz na drodze bariery - Rzekę w poprzek - wybuduj tam most! Nie wyrokuj pochopnie o ludziach Pomyśl raczej jak pomóc byś mógł Żaru uczuć nie pozwól ostudzić I broń Boże nie skracaj swych dróg Kiedy potkniesz się, wstań, otrzep ręce – Wybój w drodze nie tobie na złość Kochaj życie tym mocniej, im więcej Im dotkliwiej dało ci w kość A ogarniesz uczuciem, rozumem Przestrzeń jasną, przejrzystą na wskroś, Spróbuj więc, zanim powiesz „nie umiem” – Śmiać się z przeszkód i kuć własny los! Bądź do przodu, żyj pełną gębą, Tak jak śmiać się potrafisz - na full! Przecież umiesz, potrafisz na pewno Bądź jak ten życia król, Życia król! Roje gwiazd ci wirują nad głową Słońca wstają na Wschodzie A dni – Większość z nich jeszcze ciągle przed tobą Śmiej się głośno i żyj, pięknie Żyj! Bądź muzyką radosną, bądź światłem Dla tych którzy uciekli W złe sny Cały świat bardziej radości łaknie Niż kolejnych „idoli” W TV TŁUMACZENIA I INTERPRETACJE Odezwij się! Tak po prostu popatrz na mnie czule Szkoda życia na ponury zgryz Rozpiszemy pieszczot partyturę By demograficzny zwalczyć niż Zagraj raz va bank, odezwij się Mów - o tym czego chcesz Mów - co ci w duszy gra Gdy do rzeczy chcesz się brać Z ust - swych pożytek zrób Lecz - najpierw do mnie mów Nim nie będzie trzeba zbędnych słów… - Taką ładną masz spódniczkę mini Skromna forma a w niej pyszna treść - Czemu on tak patrzy i się ślini? Pewnie głodny jest i chce coś zjeść… Zagraj raz va bank, odezwij się Mów - o tym czego chcesz Mów - co ci w duszy gra Gdy do rzeczy chcesz się brać Z ust - swych pożytek zrób Lecz - najpierw do mnie mów Nim nie będzie trzeba zbędnych słów… Dla nieśmiałych recepta jedyna Na twarz wrzucić uśmiech numer pięć Może uda się bez słów, jeśli nie - próbujcie znów Pełnym głosem bez cenzorskich żadnych cięć Zagraj raz va bank, odezwij się Mów - o tym czego chcesz Mów - co ci w duszy gra Gdy do rzeczy chcesz się brać Z ust - swych pożytek zrób Lecz - najpierw do mnie mów Nim nie będzie trzeba słów…
Kostia moriak (tłumaczenie, piosenka ludowa) A kiedy Kostia był w Odessie Łajbę miał pełną ryb po brzeg Miejsce robili mu – wieść niesie W tawernie inni – kiedy wszedł Mieni się morze za bulwarem A kasztanowce złoci kwiat Konstanty chwyta za gitarę I cicha pieśń się niesie w świat Nikt Odessy nie ogarnie słowem, Ale o tym wie, kto miasto zna, Że tam w każdej tawernie portowej, Piją zdrowie Kostii aż do dna! A piękna Sonia kiedyś w maju Gdy zeszła z barki swej na brzeg Tak rzekła Kostii – ciebie znają Podobno wszyscy – a ja nie! On bonbonierą ją uraczył I chłodno jej powiedział że To jeszcze przecież nic nie znaczy A oto w czym jest cała rzecz: Nikt Odessy nie ogarnie słowem, Ale o tym wie, kto miasto zna, Że tam w każdej tawernie portowej, Piją zdrowie Kostii aż do dna! Czeremchy kwieciem obsypane Bulwar francuski pełen róż Kostia zakochał się na amen Nowina się rozniosła już Rybacy w porcie coś szeptali Aż przyszedł weseliska dzień A gdy tragarze tańcowali Buty skrzypiały im że hej! O Odessie całej nie opowiesz, Ale o tym wie, kto miasto zna, Dzień i noc hulała piła zdrowie Brać portowa Kostii moriaka!
Śnij o mnie, śnij (tłumaczenie: Dream a Little dream of me) Noc w gwiezdnych zimnych ogniach Szeptałaby, że kocha, gdyby mogła A ptasi trel w platanach wciąż brzmi Choćby chwilkę śnij o mnie śnij Bon motem rzuć i całuj Obejmij mnie i pięknie okłamuj Gdy kiedyś z oczy spłyną mi łzy Choćby chwilkę śnij o mnie Ty Pogasły podniebne latarnie Zabrakło twych warg Powracasz wspomnieniem przynajmniej Gdy nucę tak Sen słodki słońca promyk Odnajdzie cię i smutki przegoni Nie broń się przed nim otwórz mu drzwi Choćby chwilkę śnij o mnie śnij Pogasły podniebne latarnie Zabrakło twych warg Powracasz wspomnieniem przynajmniej Gdy nucę tak Sen słodki słońca promyk Odnajdzie cię i smutki przegoni Nie broń się przed nim otwórz mu drzwi Choćby chwilkę śnij o mnie śnij Sen słodki słońca promyk Odnajdzie cię i smutki przegoni A w słodkim śnie gdziekolwiek byś był O to chodzi byś o mnie śnił
RÓŻNE
*** Skały w Etretat Tulił morski kurz Turkusowy blask, cichy wiatr, spokój barw, oddech fal ciepłych mórz Aż do kresu wód Spłynął z nieba żar Chłonął lazurowy chłód i topił światło w żywym srebrze fal Może właśnie tu Skończył dzieło swe Spracowany Bóg, z czoła pot, z oka skra, rzeźbił świat szósty dzień, Potem czasu szmat Nikt nie wiedział że Świat się zaczął w Etretat aż odkrył prawdę tę pan Claude Monet Gubiąc wzrok chwytał blaski dnia Katedr wdzięk, słońce w Etretat Stwórcy skradł z oka jedną skrę Razem z nią koloryty lśnień, stworzył tak, własny świat – Claude Monet Nad Tamizą Mgła Świetlny pył w Rouen Skały w Etretat, kruchy raj, jasny sen, kilka chwil – schwycić je Dać im wieczny byt Żeby chciały trwać Żeby mogły zawsze lśnić, aby w pełni wybrzmieć mógł ich blask Nazbyt szybko znów Nastał siódmy dzień Ukojenie snu, chociaż brak spojrzeń twych na ten świat, Claude Monet! Może wołasz tam Skąd muzyka sfer - Znajdź też swoje Etretat, pociągnij pędzlem jeszcze raz, mon cher Gubiąc wzrok chwytaj blaski dnia Znajdziesz w nich swoje Etretat Spokój snów, iskrę bożą w tle Pięknym czyń każdy życia dzień, aż po mrok, tak jak pan Claude Monet... Portowe miasteczka W portowych miasteczkach Późną jesienią Brak szczęścia Cholernie po prostu doskwiera Deficyt ciała Deficyt pieszczot W miasteczkach całych Deficyt szczęścia I smętnie dryfują Pijane w sztok kutry I dym z papierosa Też snuje się smutny I jest szaro buro I jest granatowo I chmura za chmurą Pogoda sztormowa I jest szklana kula Zupełnie jak morze I noc jest ponura I wszystkim jest gorzej I trawisz te smęty W pijanych wyszynkach Dopóki dziewczęca Nie zbrudzi cię szminka I nagle tak jasno Choć nic się nie zmienia Że kochasz te miasta Aż do zidiocenia Pogodę sztormową I chmurę za chmurą I że granatowo I że szaro buro Pijane w sztok kutry? Dryfują w ekstazie! A oczy jej smutne? A łezka na twarzy? Że wkrótce wyjedziesz Z smutnego miasteczka? Dlatego ten wyrzut Nadęte usteczka? Że znowu brak ciała Pieszczoty i słońca Za krótko, za mało - Być miało bez końca A znów jest sztormowo I chmura za chmurą I zbyt granatowo I zbyt szaro buro I znowu w miasteczkach Obrzmiałych jesienią Jest smutniej troszeczkę A było weselej... Odłóż siekierę człowiecze! Kiedy błękitna zalewa cię krew Lub nawet jeśli zwykła jucha Kiedy się wszystko dzieje wbrew Nie unoś się nadto - posłuchaj Odłóż siekierę człowiecze Na zemstę czas zawsze się znajdzie I pomyśl, że co się odwlecze Smakuje jakoś tak bardziej Wpierw trzeba toporek przybrudzić Bez tego nie będzie gangreny Poczekaj – no z czym do ludzi?! Gdzie szczerby, a gdzie rdzawe wżery? Po pierwsze – z rozwagą, powoli Im dłużej tym więcej radości Bo jak ma boleć, niech boli! Jak rąbiesz to rąb aż do kości Nie marudź, że cios poszedł obok Tym lepiej, bo możesz poprawiać Powoli rąb, rżnij systemowo To dłużej potrwa zabawa Tu przerażonym słuchaczom Wyjaśnić pragnę w te pędy Że topór jest tylko w przenośni Można też w łydkę wbić zęby A żeby nie było tak straszno Rzeźniczo i – rzekł bym - topornie Odłóż siekierkę tę, waszmość I podejdź do sprawy spokojniej Wyczekaj na moment właściwy A kiedy już się przydarzy Poniechaj, nie bądźże mściwy No. Ale można pomarzyć! Wpierw trzeba toporek przybrudzić Bez tego nie będzie gangreny Poczekaj – no z czym do ludzi?! Gdzie szczerby, a gdzie rdzawe wżery? Po pierwsze – z rozwagą, powoli Im dłużej tym więcej radości Bo jak ma boleć, niech boli! Jak rąbiesz to rąb aż do kości! Błękit
Nocą mokrą od gwiazd Rozświetloną od łez Spadających na twarz Jak ten wczorajszy deszcz Czas pijany z nas drwi Z tamtych nocy i dni Martwych dni Kroplą deszczu spod chmur Płatkiem róży u nóg Niespełnieniem ze snu Jedną z tysięcy dróg Gaśnie blask rannych zórz Nie powtórzą się już Tamte dni Milknie tu każdy sztorm W żaglach zamiera wiatr Wracać tam? Boże broń! To jest już tamten świat Strzępy snów gwiezdny pył Z tych przeżytych już chwil Żyzny pył Nocą mokrą od gwiazd Rozświetloną od łez Spadających na twarz Jak ten wczorajszy deszcz
Nadmorski los
Gdzie wiatr wydmy nęka W nadmorskim kurorcie Samotna panienka Szuka szczęścia w porcie Samotna panienka – Albo – samodzielna Tak na własną rękę Szczęście chce poderwać... Hej, Ha! Nadmorski los – przyjechała goła Napełniła trzos Hej, Ha! Dziewczyna twa – kochała cię bardzo Do sakiewki dna Hej, Ha! Sztormowy krok – trochę był za mocny Marynarski grog Hej, Ha! Wiatr maszty gnie – nie ty jeden bracie Ronisz po niej łzę Gdzie wiatr fale goni Dla płochej pieszczoty W porcie jacht się schronił Króla terrakoty Jacht się schronił w porcie Król szuka panienki Co za parę groszy Odda mu swe wdzięki Hej, Ha! Nadmorski los – przyjechałeś z kasą, Teraz pusty trzos Hej, Ha! Dziewczyna twa – kochała cię bardzo Do sakiewki dna Hej, Ha! Sztormowy krok – trochę był za mocny Marynarski grog Hej, Ha! Wiatr maszty gnie – nie ty jeden bracie Ronisz po niej łzę Ten król terrakoty Co miał jacht i konto Spłukał się do joty Sprzedał jacht, ma ponton A samotne dziewczę Przelicza banknoty – Odnalazła szczęście Z królem terrakoty Hej, Ha! Niejeden raz – w najlepszym momencie Ulatuje gaz Hej, Ha! Nadmorski los – nie ty jeden w porcie Utraciłeś trzos Hej, Ha! Nie będzie źle – reje nie są po to Żeby wieszać się! Hej, Ha! Następny szkwał, zmieni zakończenie W to, co będziesz chciał! Był wiatr – już jest orkan Trzeszczą falochrony Nie zmówisz paciorka To jesteś zgubiony Samodzielnej pannie Też się sztorm przydarzył – Bo się zakochała W pięknym marynarzu Hej, Ha! Niejeden raz – w najlepszym momencie... Wiatr pomylił strony Porywisty zmienny Jakiś pomylony Prawie że jesienny, Dziewczę zapłakane Tęsknym wodzi wzrokiem Gdzie po marynarzu Ostał się kilwatter (czytaj kil łoter) Hej, Ha! Nadmorski los, przyjechała goła Teraz płacze w głos Hej, Ha! Dziewczyna ta – kochała go bardzo On ją w nosie miał Hej, Ha! Sztormowy krok – wracaj szukać szczęścia Wracaj tu za rok! Hej, Ha! Wiatr maszty gnie – nie ty jedna w porcie Ronisz po nim łzę!
*** Wykręć numer, Najszczęśliwszy numer w twoim życiu Postaw wszystko, To co masz i na co możesz liczyć Zgarnij pulę, Nim kto inny to za ciebie zrobi Możesz wygrać Rozpalone żądze w twojej głowie Kup sobie miłość Kup sobie domek wraz z rodziną W pieniądzu siła Kup łagodniejszy klimat Kup sny w kolorze Piękniejsze niż polarne zorze Ekran plazmowy Kup zestaw wspomnień nowy Wykręć numer, Najszczęśliwszy numer w twoim życiu Postaw wszystko, To co masz i na co możesz liczyć Zgarnij pulę, Nim kto inny to za ciebie zrobi Możesz wygrać Rozpalone żądze w twojej głowie Kup podniecenie W zestawie razem ze spełnieniem Bądź wyrazisty Z pomocą wizażysty Urządzaj party A będziesz (znacznie, dużo) więcej warty Wyjdziesz na ludzi Szacunek będziesz budził Wykręć numer, Najszczęśliwszy numer w twoim życiu Postaw wszystko, To co masz i na co możesz liczyć Zgarnij pulę, Nim kto inny to za ciebie zrobi Możesz wygrać Rozpalone żądze w twojej głowie Kup sobie miłość…
Hulaj dusza Do góry nogami, jak w diabelskim młynie Jak na karuzeli, tak jak w luna parku W opętanym rytmie – w życiu tak jak w kinie Zamazany obraz, akcja płynie wartko... Kto się nie załapał, po tym barwna smuga Kto jeszcze nie ochrypł, krzyczy wniebogłosy Ponad nami tylko jedna gwiazda mruga I ciągnie do góry za skręcone włosy Hulaj, hulaj, hulaj dusza Razem z nami, z wiatrem w uszach Ruszaj z posad bryłę świata Niech się też nauczy latać! Hulaj, hulaj, hulaj dusza... Nic się tu nie liczy, co zostaje w tyle W kolorowych smugach nie rozpoznasz ludzi Jeśli zamkniesz oczy, choć na krótką chwilę To w tym samym miejscu już się nie obudzisz... Do góry nogami, jak w diabelskim młynie Jak na karuzeli, tak jak w luna parku W opętanym rytmie – w życiu tak jak w kinie Zamazany obraz, akcja płynie wartko... A ty hulaj, hulaj dusza Razem z nami, z wiatrem w uszach Ruszaj z posad bryłę świata Niech się też nauczy latać A ty hulaj, hulaj dusza... Dobry dzień Przyszedł dzień, jak zwykle z rana Wpadł przez okno i już został Jeszcze trochę niewyspana Uśmiechnęłam się do gościa Szybko mu zrobiłam kawy Popatrzyłam prosto w oczy On zapytał: jak tam sprawy Proszę pana, dziś uroczo! Dzisiaj będzie dobry dzień Pełen słońca, pełen ludzi Dobry dzień mnie dzisiaj zbudził Dobry dzień, dobry dzień Na dzień dobry mnie polubił Może nawet się zakochał Bo ja w nim... I owszem, trochę Dobry dzień Dobry dzień - typ południowy Pachniał trawą słońcem deszczem Mój kochanek jednodniowy Mój najlepszy dzień do pieszczot Gdy opuszczał mnie wieczorem Mówił: przyjdę jutro z rana No i poszedł, w samą porę Bo już noc do drzwi stukała Dobra noc, dobra noc Nie przychodzi nigdy sama Rano znika potargana Dobra noc, dobra noc Na dobranoc mnie przytula No a potem – tajemnica – I się spełnia obietnica Dobry dzień! Dobry dzień, dobry dzień...
*** Kiedy, by milczeć słów zabrakło Kiedy pieszczota nie zamyka Leniwych ust, co tylko łakną Ust innych I mieć co połykać Kiedy na skargę nie ma siły Bo już jej tyle tutaj było Choćby się słowa nam myliły Trzeba się zmusić, Nawet siłą I śpiewać że powrócą ptaki Że będzie płowieć włos od słońca Że niedaleko do Itaki Ot tam za rogiem i do końca Gdzie oczy niosą, krew nie woda To w końcu nie jest tak daleko Nie trzeba nawet iść po schodach Byleby nie stać i nie czekać Kiedy by milczeć, słów zabrakło Kiedy pieszczota nie zamyka Leniwych ust, co tylko łakną Ust innych I mieć co połykać Nie warto dłużej stać i czekać Na słowa o potężnej treści Bo tak naprawdę, kto ich ciekaw? Piękniejsze piosnki są niż pieśni Śpiewajcie, że powrócą ptaki... Piosenka o niczym Piosenka o niczym, To byłoby coś! O cienkiej granicy, Co czwórdzieli włos Nie bardzo o pustce, Tej w środku i w krąg W wątrobie i trzustce I o drżeniu rąk. I też nie o braku Kto co by tam chciał Dziewiczych wciąż szlaków Nie przetartych ciał. Już raczej o myśli Uśpionej gdzieś w tle, Gdy światło wytryśnie W dusz auto da fe O trwaniu w pejzażu W migawce spod rzęs, Gdzie nic się nie zdarza Prócz konsumpcji szczęść Piosenka o niczym... To byłoby coś! To byłoby byczo Indyczo na wskroś!
10:55 AM
Powered by  | | English | | Albanian | | Arabic | | Bulgarian | | Catalan | | Chinese | | Croatian | | Czech | | Danish | | Dutch | | Estonian | | Filipino | | Finnish | | French | | Galician | | German | | Greek | | Hebrew | | Hindi | | Hungarian | | Indonesian | | Italian | | Japanese | | Korean | | Latvian | | Lithuanian | | Maltese | | Norwegian | | Polish | | Portuguese | | Romanian | | Russian | | Serbian | | Slovak | | Slovenian | | Spanish | | Swedish | | Thai | | Turkish | | Ukrainian | | Vietnamese |
|