MySpace


Szymon Mucha

Szymon Mucha


Last Updated: 11/25/2009

Send Message
Instant Message
Email to a Friend
Subscribe

Gender: Male
Status: Married
Age: 37
Sign: Capricorn

City: Poznań
State: Wielkopolskie
Country: PL
Signup Date: 9/25/2007

My Subscriptions
March 31, 2009 - Tuesday 
Do Ernesta Brylla
U nas ponuro. Ledwie że wieje
Sabaki się snują szczekając na życie.
Wyhodowałam w doniczce nadzieję
I pieszczę jej listki mizerne i tycie.
Początek nie koniec a myśl tak leniwa,
Jakby ją podjął kto spirytusem -
I strach, że na pewno, że znów będą żniwa -
No, ale jakie? Znów krew na obrusie?
Żółty, jesienny, złowrogi nie błogi,
Tak jakby zazdrość opadła na drzewa
I budzą się zjawy, demony i bogi,
Które już były - i już ich nie trzeba.
No, ale miłość - utula o zmroku
I stąd nasycenie i krople czułości.
Prawie wystarcza ożywczych jej soków,
By praw do błękitu już sobie nie rościć.
Pan, tam w zieleniach, spisuje wrażenia
I trudno odgadnąć, czy z dziegciu czy z miodu
A nas tu fioletem nachodzą wspomnienia,
Gdy czerń wpada w czerwień i w złoto słońc wschodów.
I wie Pan, brakuje w kolorów palecie
Barw transparentnych, łagodnych pasteli -
Wciąż tylko ciężkie olejne zamiecie -
Brakuje szkiców i brak akwareli...
 
 
Antoine de Saint - Exupery
W tym świecie, gdzie życie chce łączyć się z życiem
I kwiat każdy z kwiatem są razem na wietrze
Samotność jedynie człowieczym przeżyciem
Samotność i w życiu i po nim i wiecznie
W tym świecie po stokroć widzianym już z góry
Gdzie światła nie gasną po domach poetów
A światła jak gwiazdy i gwiazdy ponure
Zgaszone zamknięte dla ludzi od wieków
W tym świecie mnie nie ma
Kochałem go bardzo
Gdzie indziej też mienią
Się gwiazdy i światła
A ludzie kochają
A ludzie kochają
A ludzie kochają
I gardzą
Obnoszę tu młodość swą w śmierci żarliwie
I czekam gazeli co w tańcu umarły
Wpatruję się w gwiazdy, wpatruję cierpliwie
I widzę samotne olbrzymy i karły
W tym świecie po stokroć zmyślonym za życia
Gdzie światła nie gasną po domach poetów
Gdzie wszystko jak dawniej istnieje lecz znika
I nie ma już kształtów, gdy przymknę powieki
W tym świecie mnie nie ma
I nie wiem gdzie jestem
Choć tutaj też mienią
Się gwiazdy i światła
I ludzie znikają
I ludzie znikają
I ludzie znikają
Najłatwiej...
 
Przesądzone losy
 
Rozlał się nad nami świt przyobiecany -
Spokój zamiast Raju
Razem z ukochaną
Przeszliśmy przez mostek a pod jej stopami
Ledwie chrzęścił piasek
Nie głośniej niż motyl szeleści skrzydłami
Wtedy Małgorzata cicho powiedziała
Słyszysz? Tak brzmi spokój
Od rana do zmroku
Będziesz nim oddychał pełnią duszy, ciała,
Ja cię ukołyszę
Tak brzmi spokój - słyszysz? Będę cię kochała!
Popatrz! Dom wieczysty - taki wymarzyłeś!
Ma weneckie okno!
W takim domu zmokniesz
Tylko od łez czystych - taki dom wyśniłeś
Ławka, dzikie wino...
Pejzaż, co przeminął - upragnione chwile
Ona wciąż mówiła ja nasłuchiwałem
Czy to szemrze woda,
Strumień, czy jej słowa
Odnalazłem spokój oraz zapomnienie
Miłość, której za nic
W świecie nie wymienię na muzykę sfer...
 
 

Albert Camus
Ciekawe co się z tobą dzieje,
Mistrzu Albercie, jesteś   t a m ?
Jesteś, czy nie ma cię w popiele?
Jeżeli jesteś, powiedz nam...
Czy są gdzieś Bogi zbuntowane
Przeciwko sensom swoich dzieł,
Czy poprawiają je – zbawiając,
Są Bogi? Powiedz! Tak, czy nie?
A śmierć, czy może być szczęśliwa?
Choćby w ramionach, choćby z nią –
Czy jest piękniejsza, niż jej rywal –
Cholernie smutny, zwykły zgon?
A oceany, ciepłe morza?
Kobiety, absynt, gorzka sól?
Czy samym szczęściem cię tam głodzą
I zapomniałeś, co to ból –
Ten pierwszy przedsmak ukojenia –
Cierpienie – bo bez niego nic,
Jest tam cierpienie, czy go nie ma?
Można szczęśliwie  w i e c z n i e  żyć?
Czy można tam odchodzić, wracać,
Jeśli to nieruchomy świat?
Może to tylko miejsce straceń,
Mistrzu Albercie,
Nie mów – „Tak...”
 

Prawie
Sypało się śmiechem -
Jak szkłem potłuczonym,
Grzeszyło się grzechem
A teraz - cóż po nim?
Szalało się, piło,
Gubiło się siebie -
I było tak miło -
I prawie jak w niebie.
I o to „prawie” się wszystko rozbija,
Bo nigdy nam dosyć -  nie tak jak w powieściach.
I było nam miło a świat nam przemijał,
Bezczelnie odchodził, przemijał bez reszty.
I śnił nam się człowiek
O mądrym spojrzeniu,
Co wie nim się dowie
O naszym istnieniu –
Nie pyta nas o nic,
Bo dusza przy duszy –
Zrośniemy się w sobie,
W miłosnej katuszy.
I prawie co noc, widzieliśmy proroczo,
Człowieka takiego w patrzących w nas oczach,
Co prawie kochały – zamglone znad szklanki –
Tych prawie kochanków, te prawie kochanki.
Marzyło się Gwiazdę
Południa i morza...
Wierzyło z nas każde,
Że jest taka zorza,
Co światłem przemieni,
Zaniesie w nieznane,
Obejmie ramieniem,
Zasklepi tę ranę –
To „prawie”, o które się wszystko rozbija,
Przez które się prawie dzień z nocą rozmijał,
Że prawie się żyło, lub prawie odeszło,
Że prawie by było
Szczęśliwie - bez reszty.
 

Żyj za trzech
Czego byś nie stracił - będziesz żył
Nawet jeśli tylko z braku sił
Poznasz jeszcze smak swych życiowych plag
Będziesz kochał, będziesz pił
Gdzie byś nie uciekał dorwie cię
Życie - ono nie jest takie złe
Jeszcze będzie śmiech, jeszcze będzie grzech
Jeszcze będziesz żył za trzech
Będziesz szaleć ze mną do białego dnia
Woda sama się przemieni w wino nam
Niebo się otworzy traktem mlecznych dróg
Będziesz jeszcze chciał i mógł
Jeszcze będzie śmiech, jeszcze będzie grzech
Jeszcze będziesz żył za trzech
Gdzie byś się nie schował ona zna
Wszystkie twe uniki aż do dna
Miłość znajdzie cię, ona przecież wie
Że to dla niej trwa ta gra
Gdzieś na krańcach świata spotkasz mnie
Będzie razem z tobą zdrowy śmiech
Gdzieś w połowie snu powrócimy tu
Wtedy ci obiecam znów -
- Będziesz szaleć ze mną do białego dnia
Woda sama się przemieni w wino nam
Niebo się otworzy traktem mlecznych dróg
Będziesz jeszcze chciał i mógł
Jeszcze będzie śmiech, jeszcze będzie grzech
Jeszcze będziesz żył za trzech
Czego byś nie stracił...
 

Oto ja
Spojrzyj na mnie Panie
Oto ja
W przestworzach taki mały pył
Głowę Ci zawracam
Jak co dnia
Posłuchaj, krzyczeć nie mam sił
Wśród obłoków mgławic,
Z których Ty
Przepiękny zbudowałeś świat
Ktoś pokornie dławi
W gardle łzy
Komuś ubywa szybko lat
Nie chowaj się
Pośród rajskich łąk
Nie opuszczaj mnie
Przerwij ten krąg
Choć raz wstrzymaj czas
Purpurowym świtem
Zrób to dla mnie chociaż raz
Mam do Ciebie kilka
Małych spraw
Na wielkich lepiej znasz się sam
Jeśli przez pomyłkę
Trwa ta gra, dziwna gra
To oszczędź w niej przegranej nam
Pomóż mi obstawić
Dobry los
Na bilet do Edenu daj
Albo tylko ześlij
Pełny trzos
By w życiu było baju baj
 
 
Kołysanka dla Kajtka
Nocka zbliża się powoli
Śpij syneczku, słodko śpij
Najpiękniejszy ze snów twoich
Śnij do rana, synku śnij,
Przytul główkę do poduszki,
Zaśnij synku, zaśnij już,
Noc się skrada na paluszkach,
Żeby Ci nie przerwać snu.
Śnij, że leżysz na obłoku
Miękkim, ciepłym tak jak puch,
Obok ciebie czuwa z boku
Anioł stróż, twój wierny druh.
Śnij, że fruwasz jak motylek
Pośród kwietnych, barwnych łąk,
O mamusi też śnij chwilę -
Śnij o cieple mamy rąk.
 
 
Będę solą morskiej wody
Będę solą morskiej wody,
Która daje kolor głębi,
Będę bryzą, dla ochłody,
A ty razem ze mną będziesz –
Błękit.
Będę iskrą w twoim oku
Światłem duszy i radością
Strugą słońca wśród obłoków
A ty będziesz mą miłością
Drogą prostą
Będzie wielkie przyciąganie
Między snami, między nami
Oddychanie, miłowanie
Między dwoma księżycami
Przypływ
Będzie droga aż do źródeł
Ciemność zlęknie się światłości
A u celu, gdy się zbudzisz
Nic nie będzie, prócz miłości
Cudu.
 

Dziwni ludzie
Dziwni ludzie,
Pełni złudzeń,
Drepczą wkoło swoich spraw.
Śnią o cudzie,
Dziwni ludzie,
Plankton koralowych raf.
O urodzie,
O przygodzie,
Żeby chociaż raz pod prąd,
Przeżyć życie
Znakomicie,
Móc naprawić każdy błąd.
Tacy właśnie,
Tacy ciaśni,
Tacy dziwni że aż strach,
Dziwni ludzie,
Pełni złudzeń,
Plankton koralowych raf,
Tak najprościej
Chcą miłości,
Która wytłumaczy świat.
Dziwni ludzie,
Pełni złudzeń,
Głodni zysków - syci strat.
Dobry Boże,
Skoro możesz
Gwiazdy wokół palca gnać,
Mógłbyś jeszcze
Odjąć nieszczęść,
Mógłbyś dziwnym ludziom dać...
Tak najprościej,
Tej miłości,
Która wytłumaczy świat.
Dziwny Boże,
Przecież możesz,
Mogłeś od tysięcy lat...
 

Pomniejsze zdarzenia
Pomniejsze zdarzenia
A konie w galopie?
(A ryby nie słyszą muzyki - dlaczego?)
Duszące wspomnienia
Jak stryczek pod stropem
Po których nie staną na placach pomniki
I nikt nie zaśpiewa Te Deum
Pomysły na życie
Po pięć na godzinę
Powzięte po jakimś "życiowym" serialu
A cisza na szczycie
Bez żadnych uchybień?
A reszta z obliczeń kolejnych sposobów
Jak żyć, żeby umrzeć pomału?
Obrączka - ślad po niej
Zginęła - nie szkodzi
Już jutro, pojutrze kolejne zdarzenia
A prawda, te konie...
Nie, nie wiem... Cóż po nich?
A jeśli umarły, błąkają się sennie?
To zresztą już nie ma znaczenia...
 
 
***
Wymyśl cieśniny granatowe
Przez które nikt i nic nie przejdzie
Przepłynę je i nic nie powiem
Znajdę cię wszędzie, wszędzie, wszędzie.
Obwaruj twierdze niezdobyte
Najstraszniejszymi przepaściami
Przyjdę i o nic nie zapytam –
Przecież ich nie ma między nami
   Ja o tym wiem i ty to wiesz
   Że między nami jest kochanie
   Oczarowanie, przyciąganie,
   Ja o tym wiem i ty to wiesz
   Że tylko jeden krok i jestem
   Przy tobie ciałem, słowem, gestem
   Jestem
  
Obejmij mnie i mów coś szeptem,
Obiecuj szmaragdowe morza
Dla ciebie jestem, jestem, jestem
Tylko przed tobą się otworzę
Bądź mym powietrzem i muzyką
Nie znikaj jak ulotna chwila
Bądź mym pragnieniem, bądź mym krzykiem,
W którym jest siła, siła, siła
   Ja o tym wiem i ty to wiesz
   Że między nami jest kochanie
   Oczarowanie, przyciąganie,
   Ja o tym wiem i ty to wiesz
   Że tylko jeden krok i jestem
   Przy tobie ciałem, słowem, gestem
   Jestem
 

Od wschodu do wschodu
Mijamy się z prawdą, gubimy oddechy
I z pianą na ustach gonimy za słońcem
Karmimy znajomych fałszywym uśmiechem
A głowy nam ciągle rozpala myśl żrąca
Że znów nie zdążymy do nocy do rana
Załatwić rozegrać wymyślić przytulić
Wcielamy się więc w mechanizmy zegara 
I czas byśmy chętnie popsuli
Od wschodu do wschodu i dłużej 
Od wschodu do wschodu i jeszcze
Bo życia się nie da powtórzyć
Bo czas nie wydaje nam reszty
Bo słońce zwiększyło obroty
Za rogiem znów czai się jesień
Bo jutro nie będzie ochoty
Bo jutro już nas nie uniesie
A gdyby tak cud nam się nagle przydarzył
W promocji od Stwórcy gumowe godziny
Czy byłoby o czym z sąsiadem pogwarzyć
I czy byśmy byli szczęśliwi?
Czy w ciszy nie pękłaby głowa od myśli
Na które nikt sobie nie może pozwolić
Że bez tego młyna jest lżej oczywiście
Lecz jakoś tak trochę nieswojo
Od wschodu do wschodu i dłużej 
Od wschodu do wschodu i jeszcze
Bo życia się nie da powtórzyć
Bo czas nie wydaje nam reszty
Bo słońce zwiększyło obroty
Za rogiem znów czai się jesień
Bo jutro nie będzie ochoty
Bo jutro już nas nie uniesie
 
 

Żywioły
Ze stu żywiołów pokleceni,
Z kolorów, miast kalejdoskopów,
Pachnący sobą, oddaleni,
Nie kochający, może trochę,
Tacy najlepsi, przebojowi,
Że świat przyspiesza swe obroty,
Gdy go nakręca śmiech nasz zdrowy,
Do rany przyłóż na kłopoty,
Słyszysz? Możemy dalej żyć!
Jak gdyby nic!
Jak gdyby nic!
Ze stu żywiołów; z ognia, wody,
Z powietrza, ziemi, z namiętności,
Z rozsądku wreszcie – dla ochłody,
Z wyrachowania, z krwi i kości,
Tak jak żywioły – my - w  kipieli,
Ślepi w oparach swych ukropów,
Dla bezpieczeństwa oddzieleni,
Nie kochający! Może trochę...
Rozumiesz? Chcemy dalej żyć!
Więc idź miłości!
Idź już, idź!
 
 

Życie dobrze znam!
Może nie wiem co napisał Pan Tadeusz
Ani kiedy Kolumb odkrył  u-es-a
Nie wiem kim był ten z Odessy – Odyseusz?
Za to życie to ja bardzo dobrze znam
Czytam pisma kolorowe z obrazkami
Bo tam nie ma wodolejstwa jak w tych bez
O aktorach wszystko wiem, ze szczegółami
I kto po kim wciąż wylewa morza łez
Już nie wspomnę o sposobach stu na cerę
I o wszystkim co o astrologii wiem
Kto z serialu „Klan” pojechał na Maderę
I jak z linii papilarnych wróży się
Może nie wiem co napisał Pan Tadeusz
 Ani kiedy Kolumb odkrył  u-es-a
Nie wiem kim był ten z Odessy – Odyseusz?
Za to życie to ja bardzo dobrze znam
Cała sztuka w życiu to być w telewizji
No a potem nic nie trzeba robić już
Kiedy spłynie sława skutkiem tej decyzji
To pod stopy ci wysypią płatki róż
Paparazzi nie odstąpią cię na chwilę
W Międzyzdrojach dłoni twej zostanie ślad
W „Życiu na Gorąco” w „Naj” i w „Twoim Stylu”
Będziesz zwierzać się jak weszłaś w wielki świat:
„Nie wiedziałam  co napisał Pan Tadeusz
 Ani kiedy Kolumb odkrył  u-es-a
 Ani kim był ten z Odessy – Odyseusz
 Lecz na życiu się lubiłam zawsze znać...”
 
 
***
Góry się piętrzą. Rzędy liter
Po książkach znają swoje miejsca.
Kogoś krzyżują. Drewno lite
Krzyża świętego. Moje – sklejka...
Ktoś cierpi w sercu strzały losu,
Który zawistnie wsadza szpile.
Topielec glony zbiera z włosów.
Każdy zna miejsce swe. I chwilę.
Nawet szarlatan szmaragdowy,
Który po barach szydzi z Boga,
Reprezentuje pogląd zdrowy,
Że w jego duszy tylko trwoga.

   A moje miejsce? Moja dusza?
   Moje ogrody? Tkanka czynów?
   Coś więcej przecież, niźli susza
   I smród gnijących już jaśminów
   Lew. Klatka. Pazur. Krew na oczy.
   Sen o wolności – koszmar, wstawaj!
   To życie? Tylko byt roboczy.
   A tutaj co? Żadnego „w zamian”?

Napiszę bajkę o strumieniu,
Żył, śpiewał, tańczył, wody toczył...
Źle! Od początku. Więc – się pienił,
Odnalazł skałę i zeskoczył.
Nie. To nie bajka. „Wolnoć Tomku”
Te słowa składać, jeśli wola
W dowolne rządki. „W swoim domku”!
Zmierz się ze sobą. I podołaj!
Niechaj po Tobie dobra pustka –
Pełna przestrzeni na pointy.
W następnym życiu – wyrzuć „szóstkę”
I zostań człecze choćby świętym!
 
 
 
"Und die Blumen bluehn ueberall gleich" -
- Otto und Pauline
  Gestorben 1945

Czyli, że wszędzie Paulino
Naprawdę wszędzie jest tak samo
Sag es mir!
To znaczy - wszędzie kwiaty giną
Najmarniej w świecie usychają
So wie wir?
A jeśli kwitną unisono
Bezczelnie patrząc słońcu w oczy
Jung und frech
I zagapieni w jego stronę
Nie dowierzają, że się stoczy
Kiedyś, gdzieś...
A jeśli purpurowym krzykiem
Nabrzmiali, nadzy obydwoje
W świetle dnia
Pod nieobecność ogrodnika
Wabią owadów głodne roje
Do swych ciał
A jeśli nigdy nie kochali
Nic prócz oklasków publiczności
Nawet w snach
Przegrawszy życie dalej grali
Spektakl dla Oka Opatrzności
Bo tak trza...
Ty - nieobecna już w ogrodach
Pieszczotą, wonią, barwą żywą
Przyznaj że
Jeżeli wszędzie - no to szkoda
Jeżeli wszystkie - no to krzywo,
No to źle...
 
Ich kann es immernoch nicht glauben -
Erklaeren wuerde ich es so;
„Erbluehen” - das heisst kurze Weile
Und „ueberall” gibt's niergendwo.
 
 
 

Niewiasta koszerna, skromna obdarzona łaskami,
Najdroższa Jente, córka rabbiego Chaima
Zmarła we wtorek, 13. Tammuz 5582

                         I
...Następnym razem byłabym wodą,
Szczeliną skalną, ciepłym powietrzem,
Igraszką słońca w soplach lodu,
Błękitem?  Bielą?  Nie wiem jeszcze.
Byle bez kształtu i bez imienia,
Bez pożądania i niespełnienia,
Byle nie Jente...
Wolę być raczej zarzewiem strachu,
Pomrukiem ziemi, wichurą, deszczem,    
Pustynną chmurą wścibskiego piachu,
Lub błyskawicą - nie wiem jeszcze.
Byle nie smutkiem czarnych warkoczy,
Byle nie spuszczać skromnie oczu,
Nie chcę być Jente...
Chcę jak ocean - tak bez przyczyny -
Śmierć powodować, rozdawać życie,
Nie mieć zasługi, ani przewiny,
Nie grzeszyć jawnie ani skrycie.
Chcę jak ocean być bezmierna,
Naga, nieskromna, niekoszerna,
Nie tak, jak Jente...
Mówię co myślę, więc skąd ta trwoga?
Powstrzymać słowa i tak nie zdołam:
O Adonai, 
J a    n i e   c h c ę   B o g a!
O Adonai,  do Ciebie wołam!
Żywi się modlą! Ja już nie mogę...
 
       II
  
  Jesteś, o Panie, potężny przez wieczność,
  Wybawco, Boże, wskrzeszający zmarłych,
  Świat poisz deszczem, wprawiasz w ruch powietrze,
  I w łaskawości swojej żywych karmisz,
  Ty, w miłosierdziu swoim zmarłych wskrzeszasz,
  Upadających wspierasz, leczysz chorych,
  Spętanym wolność dajesz, nas pocieszasz,
  I dotrzymujesz wiary wobec śpiących w prochu,
  Kto Tobie równy, Kto jest Ci podobny,
  Królu wszechpotężny, siewco życia, śmierci,
  Dajesz wzrost zbawienia - Ty, jedyny godny,
  Wiary w zmartwychwstanie duszy i pamięci.
  Błogosławiony jesteś Boże
  Wskrzeszający zmarłych... *

* Gewurot - jedno z „Osiemnastu Błogosławieństw”. Tłum.: Szymon Mucha, Leszek Kwiatkowski.
 

***
Warto mieć coś "nie na sprzedaż"
Choćby wielu chciało kupić
Warto mieć
Coś własnego , co się nie da
Spuścić tanio za walutę
Warto chcieć
Patrzeć w oczy nagim wzrokiem
By zobaczyć w nich człowieka
Jakim jest
Dotrzymywać innym kroku
A gdy trzeba, to poczekać
Żeby mieć
Spokojną głowę
Spokojny sen
I rzucać zdrowy,
Wyraźny cień
I nie palić papierosów
Nazbyt wiele, no bo po co
I się cieszyć bez wyjątku
każdym dniem
Warto mieć "coś nie na sprzedaż"
Warto mieć
Spokojną głowę...
 
 
Kolęda dla Nieobecnych

A nadzieja znów wstąpi w nas,
Nieobecnych pojawią się cienie,
Uwierzymy kolejny raz,
W jeszcze jedno Boże Narodzenie.
I choć przygasł świąteczny gwar,
Bo zabrakło znów czyjegoś głosu,
Przyjdź tu do nas i z nami trwaj,
Wbrew tak zwanej ironii losu.
Przyjdź na świat,
By wyrównać rachunki strat,
Żeby zająć wśród nas
Puste miejsce przy stole.
Jeszcze raz
Pozwól cieszyć się dzieckiem w nas
I zapomnieć, że są
Puste miejsca przy stole
Daj nam wiarę, że to ma sens,
Że nie trzeba żałować przyjaciół,
Że gdziekolwiek są - dobrze im jest,
Bo są z nami, choć w innej postaci.
I przekonaj, że tak ma być,
Że "po głosach tych wciąż drży powietrze",
Że odeszli po to, by żyć,
I tym razem będą żyć wiecznie.
Przyjdź na świat...
 
 

Czwarty Król
A ja nie doszedłem
A ja zawróciłem
Z drogi, którą tamci
Wtedy ukończyli
Iść nie było po co
Było już po czasie
Kiedy owej nocy
Stało się w szałasie
Co się miało stać
Byłem pośród ciszy
Na rozstajnych drogach
Sen mnie ukołysał
Więc nie znam prologu
Nie witałem przeto
Żydowskiego króla
Ani tej kobiety
Co go wiła w bólach
Nie dotarłem tam...
Umęczony pracą
Ran opatrywaniem
Tym, co się wybrali
Gdzie ja też dojść chciałem
Porzuciłem szlaki
Stare koleiny
By iść nową drogą
Do owej dzieciny
W którąkolwiek z stron.
Nie niosę kadzidła
Mirry ani złota
Nie w bogactwa widmach
Nie w symbolach cnota -
- Czwarty z magów Wschodu
Ten, który nie zdążył
Odebrać porodu
Z Dawidowej ciąży
Krążę wciąż po świecie
Po nieznanych drogach
Niosę w sobie dziecię
Niosę w sobie Boga!
 
 

Kolęda na początek wieku
Człowiekowi spokój? 
Czynu nigdy dość! 
Człowiekowi cisza? 
Chce wyszumieć złość! 
Człowiekowi miłość? 
Unieść taki dar! 
Człowieczego życia - 
Daj nam Boże, daj!
Aż się narodzi znowu,
Z Dawidowego rodu,
Syn Boga, Odkupiciel,
By zmienić nasze życie
Żeby zmienić ludzki los 
Człowiek się zatrzymał?
Niesłychany cud!
Klęczy przed dzieciną
Cały boży lud,
Poodkładał proce,
Nie chce już się bić!
Człowiek znajdzie źródło,
Jeśli pragnie pić!
Bo się narodził znowu,
Z Dawidowego rodu,
Syn Boga, Odkupiciel,
By zmienić nasze życie,
Żeby zmienić ludzki los.
Człowiekowi spokój,
Człowiekowi raj,
Człowiekowi cisza -
Daj nam Boże, daj!
Człowiekowi miłość,
Bogu chwała, cześć!
Człowiekowi życie
I radosna wieść -
Że się narodził znowu,
Z Dawidowego rodu,
Syn Boga, Odkupiciel,
I zmienił nasze życie,
I odmienił ludzki los!
 
 
Galileo
Galileo, granatowym snem spowita,
Galileo, zbudź się, biegnij Pana witać,
Na twym niebie wielkie dziwy,
To niechybnie Bóg Prawdziwy,
Drogę nam wskazuje gdzie –
Na świat przyszedł zapłakany,
Pan nad króle, król nad pany –
Mały Jezus w Betlejem!
Galileo, rozjaśniły się ciemności,
Izraelu, dziś się zrodził Bóg miłości,
Głośno szlocha, skargi wznosi,
Matczynego ciepła prosi,
Ten, co zbawi wszelki byt –
Przyszedł na świat bez oręża,
Umrzeć po to, by zwyciężyć –
Nowonarodzony Żyd.
Jordan toczy o poranku barwy słońca,
Od początku tego świata aż do końca,
Łzy obeschły, ścichło łkanie,
Maluteńki śni o mamie,
Chciałby zawsze przy niej być...
Przyszedł na świat zbawić ludzi,
Jeszcze zdąży się obudzić!
A na razie niechaj śni...
 
 
Smutki pana A.
Pod postacią i obok formy,
Cisza gładzi błękitne sztormy,
W deszczu kropli jest, w płatku róży,
Coś, co ciszę i smutek wróży,
Są dziewczęta na morskim brzegu,
Wyrastają i kwitną w biegu,
Nawołują i wiecznie się śmieją,
Oszukują bieg czasu nadzieją,
Ale z wolna znikają z oczu,
Oszukany czas oczy mroczy,
Szybki oddech schwyconej miłości,
Do zadyszki się z czasem uprości,
Szklane góry i sól oceanów,
Błękit pruski, struktura kryształów,
Ból i gorzki smak papierosa,
Czule tuli wieczorna rosa,
Śmieszny bunt, śmieszny człowiek i sztuka
Dociekania - czy warto wciąż szukać,
W zgiełku doznań i w trudach wyborów,
Bunt przeciwko blaknięciu kolorów,
Jest milczenie, jak bezruch źrenicy,
Lęk przed świtem, co bez obietnicy,
W deszczu kropli jest, w płatku róży,
Świat i czas,
Świat i czas bez powtórzeń.
 
 
Iskierki
Krok po kroku, słowo w słowo,
Spełnia się scenariusz zdarzeń,
No a przecież nawet nie wiem, kto go pisał,
Nie dowierzasz, kręcisz głową,
Lecz już wkrótce się okaże,
Że ty właśnie jesteś rolą mego życia.
Posłuchaj moja iskierko,
Posłuchaj mój zimny ogniu,
Będziemy razem jutrzenką,
Pomagać słońcu się podnieść.
Noc zabierzemy ze sobą,
Niech się nie szlaja po barach,
Niech siądzie z nami nad morzem
Jest w końcu taka już stara...
Krok po kroku, słowo w słowo,
Coraz bardziej jest urocze,
Kłamstwo, w które bardzo chciałabym uwierzyć,
Kłamstwo w stroju wieczorowym,
Najprawdziwsze, prosto w oczy,
Eleganckie, w dobrym stylu, jak należy.
Posłuchaj moja iskierko...
Jak nie ulec zimnym ogniom,
One płoną tak rozrzutnie,
Że nie sposób wszystkim iskrom spojrzeć w oczy,
Żywioł życia - wzorem ognia,
Odegramy bałamutnie,
W roli iskier, w blasku których świat się toczy...
Posłuchaj moja iskierko...
 
 
Dla J.
Są ludzie, których nigdy nie zrozumiesz,
I słowa, których brzmienie ciśnie gardło,
Jest życie, a ty przeżyć go nie umiesz,
Są noce nazbyt długie, dni koszmarne;
Obrazy olejne
Niedokończone
I sterty listów
Zakurzone
Drzewa za oknem
Wilki po lasach
Bilet powrotny
Na drugą klasę
Pociąg pospieszny
Opóźniony
I są też koniecznie
Uczucia zranione
Pst!
Są morza, obojętne na twe piękno,
I góry, których złością nie przesuniesz,
Są ludzie, co przed tobą nie przyklękną,
Rozumiesz, moja droga, rozumiesz?
Są światy nieznane
Gdzieś obok ciebie
W trzecim i czwartym
W siódmym niebie
Jest kwaśne mleko
W glinianym garnku
Świat bez pośpiechu
I bez zegarków
A w gdańskiej szafie
Litr spirytusu -
- Skoro już mowa
O pokusach...
Pst!
Są łzy - pamięci formalina;
Ze wstydu, żalu i z miłości,
I jestem ja, nie zapominaj!
W świecie tuż obok, w tym najprostszym,
Odwieczny tułacz.
Pst!
 
 
* * *
Zatrważająca pełnia wrażeń
Jak powodzenia cienka linia
Wbrew cmentarzyskom wyobrażeń
Znika, urywa się, przemija
Zostają puste filiżanki
Po wczoraj nie dopitej kawie
W oknie zastyga ruch firanki
I nagle jest już po zabawie
Zostaje łykać hektolitry
Żeby choć ciut powstrzymać myśli
Że nic nie będzie już niezwykłe
Że nic nie może się już przyśnić
I nie ma po co się wsłuchiwać
W nagłe dudnienie wielkiej ciszy
Będzie urodzaj, będą żniwa
Jeszcze przylecą ptaki, słyszysz?
 
 

***
Odnośnie światów na krawędzi zdarzeń
Z których się żaden nie chce ustatkować
I przyjść z pomocą, kiedy o nim marzę
Podsunąć kształty nowe, nowe słowa
Odnośnie kwiatów mojej wyobraźni
Których naręcza więdną po wazonach
Potrzeba kogoś, z kim będzie mi raźniej
Pozbierać wszystko to od nowa
Poskładać w witraż odpryski radości
By znów trysnęły feerią kolorów
Potrzebna miłość - ta pierwszej jakości
A nie kolejna sztampowa love story
Na złe nałogi
Hałas z ulicy
Na dobrą drogę
Na lepsze życie
Na piasek w oczy
Kłody pod nogi
Wciąż tylko jedna jest odpowiedź -
Na deszcz i słońce
Na brak ochoty
Wizytę krewnych
Planet obroty
Na mole w szafie
I na czekanie
Pilnie potrzebne
Jest zakochanie
 
 
 
***
W dzień powszedni
Nie wierzą te ręce
Które wczoraj gładziły jej uda
Dzień powszedni
A one chcą więcej
Dzień powszedni a one chcą cudu
Dzień powszedni
Się deszczem zanosi
Z jakiej gliny zlepiono te słowa
Dniu powszedni
Jak ja cię znoszę!
Chciałbym u niej przed tobą się schować
U niej dni
Nie bywają powszednie
Noc do nocy też nie jest podobna
Dni powszednie po prostu
nie są wcale potrzebne
Znacznie lepsze są każdy z osobna
By nie snuły się
Jeden za drugim
W korowodzie, że pożal się Boże
Żeby zawsze się chciało
Rano wstać i dobudzić
Dni powszednich być z gruntu nie może!
Zresztą pewnie
Nie było nie będzie
Dni powszednich na własne życzenie
Gdy całujesz kochankę
W to i w tamto i wszędzie
To nie dzień wstaje, to objawienie!
Po kolei
Słońc wszystkich kolory
Zapach kawy, okruszki w pościeli
I papieros przy oknie
No bo śmierdzi okropnie
Dzień powszedni - a jak przy niedzieli...
 
 
***
My naiwni niesłychanie
Uzbrojeni w papierosa
Całe światy mając za nic
Odgrażając się niebiosom
Tacy śmieszni, tacy mali
Spoglądamy groźnie w górę
Byleś w końcu nas pochwalił
Byleś spojrzał na nas z chmury
Byleś czoła pomarszczone
Niewypowiedzianym gniewem
A zwrócone w Twoją stronę
Rozpogodził swoim niebem
Byśmy mogli się pochwalić
Że piliśmy z Tobą wódkę
Żeśmy dobrze się poznali
Zapijając wspólnie smutki
Powiedziawszy między nami
Że życiowy jesteś - znaczy,
Że otwarcie się przyznajesz,
Żeś ten świat trochę spartaczył
Zrozumiemy, obejmiemy
I powiemy: nie jest łatwo
Ale jakoś przepłyniemy
To czerwone Morze... Tratwą
Dużo więcej nam nie trzeba
Cudów nie żądamy zgoła!
Tylko zstąp tu do nas z nieba
I niech będzie Twoja Wola!
 
 
***
W sumie dziękuję, dobry Boże,
Za dobrodziejstwo inwentarza,
Za to co już się wydarzyło,
I co się jeszcze będzie stwarzać,
Za zwykłe losu koleiny,
W które też wpadam, mimo woli
Za wszystkie odkupione winy
Bo jak ma boleć - to niech boli
Za strach dziękuję mój codzienny
Bez niego braknie mi odwagi
I za goryczy smak korzenny
I wszystkie inne moje plagi
Pewnie widziałeś nie raz z góry
Jak wygrażałem piąstką małą
Pewnie dotarły tam pod chmury
Słowa szczekane bez umiaru
Słowa modlitwy słowa pieśni
Wypchane buntu dynamitem
Skreślone raz - nie chcą się skreślić
I żyją sobie własnym bytem
Dziękuję więc za pobłażanie
I za otchłanną Twoją ciszę
Dziękuję też i za to Panie,
Że nawet nie wiem czy mnie słyszysz...
 
 
Credo
Że skrzepła krew też w wino się zmieni
A chleb, że ciałem będzie - nie kamieniem,
Że śmierć dopiero jest początkiem życia,
(Początki trudne są - lepiej ich unikać),
Że czas oznacza z czasem blizn zrastanie,
Że wiara w Boga jest niedowierzaniem,
Że mur nie po to, żeby łeb oń krwawić,
Że pięknym słowem można się udławić,
Że śpiewać znaczy podwójnie się modlić,
Że milczeć bywa jeszcze godniej,
Że żyję tyle tylko, ile kocham,
Tego wszystkiego uczę się,
Po trochu.
 
 

PIOSENKI Z MUSICALU „JULKA NA AFISZ”
Mnie tu nie znają

Przedsenna mozaika miasta
Ze świateł po domach
I pieśni tramwajów
Tak głośna i taka jasna
A mnie nikt nie woła
Mnie tutaj nie znają
Zostanę ze światłem księżyca
Bo takie niczyje
Więc może być moje
I mój jest ten park i ulica
Na krótką choć chwilę
Podniebne pokoje
Przestrzenie ogromne i straszne
A ciemność się skrada
A strach nocą kąsa
To wszystko co dziś mam na własność
Tę gwiazdę co spada
Jak łza zbyt gorąca…
Nikt pewnie jej szukać nie będzie
Błysnęła i zgasła
Nikt klasnąć nie zdążył
Firmament się bez niej obędzie
Tam bez niej jest ciasno
Tam tyle gwiazd krąży…
 

To coś
Codziennie finał, brawa, kurtyna
Dla gwiazd są kwiaty, owacje, gwar
A mnie codziennie to omija
A mogłabym być superstar
Kolejny wieczór w garderobie
Czesanie peruk… Aż bierze złość
Bo w tym na życie moim sposobie
Czegoś brakuje, jest jeszcze coś…
Jest coś jak wielki zawrót głowy
Jak fajerwerki w czarną noc
Tak jak szaleństwo, innymi słowy -
Czuły mikrofon i twój głos…
Spokojny puls a w głosie władza
Oni słuchają, teraz ty!
Dlaczego innym się to zdarza
A ja przerabiam zblakłe sny?
Dlaczego mówię „naturalnie,
Na jutro wyprasuję frak –
Pan dzisiaj zagrał to genialnie,
Pani jest śliczna, ależ tak…”
Dlaczego mnie nikt nie zapyta
Jak ja w tej roli czuję się
Może bym chciała też oddychać
Powietrzem sceny, bo wiem że…
Jest coś jak wielki zawrót głowy
Jak fajerwerki w czarną noc
Tak jak szaleństwo, innymi słowy -
Czuły mikrofon i twój głos…
Spokojny puls a w głosie władza
Oni słuchają, teraz ty!
Dlaczego innym się to zdarza
A ja przerabiam zblakłe sny?
A złote buty, klucz do sławy
Dlaczego innej czyszczę je
Może je włożę dla zabawy
I sen się spełni, kto to wie
Może mnie zaraz wywołają
I stanę w nich by błyszczeć tam
Gdzie sny najskrytsze się spełniają
To jest to coś! Już ja się znam!
To COŚ, jak wielki zawrót głowy
Jak fajerwerki w czarną noc
Tak jak szaleństwo, innymi słowy -
Czuły mikrofon i mój głos…
Spokojny puls a w głosie władza
Oni słuchają, teraz ja!
Trochę to wszystko mnie przeraża…
O złotych butach sen niech trwa…
 
 
Życia król

Nie kombinuj za dużo człowieku
Żyj po prostu, nie skracaj swych dróg
Bez pokrycia nie wystawiaj czeków
Żebeś potem pospłacać je mógł
Żyj po prostu, żyj pięknie, bądź szczery
Idź swą ścieżką do celu na wprost
Gdy napotkasz na drodze bariery -
Rzekę w poprzek - wybuduj tam most!
Nie wyrokuj pochopnie o ludziach
Pomyśl raczej jak pomóc byś mógł
Żaru uczuć nie pozwól ostudzić
I broń Boże nie skracaj swych dróg
Kiedy potkniesz się, wstań, otrzep ręce –
Wybój w drodze nie tobie na złość
Kochaj życie tym mocniej, im więcej
Im dotkliwiej dało ci w kość
A ogarniesz uczuciem, rozumem
Przestrzeń jasną, przejrzystą na wskroś,
Spróbuj więc, zanim powiesz „nie umiem” –
Śmiać się z przeszkód i kuć własny los!
Bądź do przodu, żyj pełną gębą,
Tak jak śmiać się potrafisz -
na full!
Przecież umiesz, potrafisz na pewno
Bądź jak ten życia król,
Życia król!
Roje gwiazd ci wirują nad głową
Słońca wstają na Wschodzie
A dni –
Większość z nich jeszcze ciągle przed tobą
Śmiej się głośno i żyj, pięknie
Żyj!
Bądź muzyką radosną, bądź światłem
Dla tych którzy uciekli
W złe sny
Cały świat bardziej radości łaknie
Niż kolejnych „idoli”
W TV
 
TŁUMACZENIA I INTERPRETACJE
Odezwij się! 
       
Tak po prostu popatrz na mnie czule
Szkoda życia na ponury zgryz
Rozpiszemy pieszczot partyturę
By demograficzny zwalczyć niż
Zagraj raz va bank, odezwij się
Mów - o tym czego chcesz
Mów - co ci w duszy gra
Gdy do rzeczy chcesz się brać
Z ust - swych pożytek zrób
Lecz -  najpierw do mnie mów 
Nim nie będzie trzeba zbędnych słów…
- Taką ładną masz spódniczkę mini
Skromna forma a w niej pyszna treść
- Czemu on tak patrzy i się ślini?
Pewnie głodny jest i chce coś zjeść…
Zagraj raz va bank, odezwij się
Mów - o tym czego chcesz
Mów - co ci w duszy gra
Gdy do rzeczy chcesz się brać
Z ust - swych pożytek zrób
Lecz -  najpierw do mnie mów 
Nim nie będzie trzeba zbędnych słów…
Dla nieśmiałych recepta jedyna
Na twarz wrzucić uśmiech numer pięć
Może uda się bez słów, jeśli nie - próbujcie znów
Pełnym głosem bez cenzorskich żadnych cięć
Zagraj raz va bank, odezwij się
Mów - o tym czego chcesz
Mów - co ci w duszy gra
Gdy do rzeczy chcesz się brać
Z ust - swych pożytek zrób
Lecz -  najpierw do mnie mów 
Nim nie będzie trzeba słów…
 
 

Kostia moriak
(tłumaczenie, piosenka ludowa)
A kiedy Kostia był w Odessie
Łajbę miał pełną ryb po brzeg
Miejsce robili mu – wieść niesie
W tawernie inni – kiedy wszedł
Mieni się morze za bulwarem
A kasztanowce złoci kwiat
Konstanty chwyta za gitarę
I cicha pieśń się niesie w świat
Nikt Odessy nie ogarnie słowem,
Ale o tym wie, kto miasto zna,
Że tam w każdej tawernie portowej,
Piją zdrowie Kostii aż do dna!
A piękna Sonia kiedyś w maju
Gdy zeszła z barki swej na brzeg
Tak rzekła Kostii – ciebie znają
Podobno wszyscy – a ja nie!
On bonbonierą ją uraczył
I chłodno jej powiedział że
To jeszcze przecież nic nie znaczy
A oto w czym jest cała rzecz:
Nikt Odessy nie ogarnie słowem,
Ale o tym wie, kto miasto zna,
Że tam w każdej tawernie portowej,
Piją zdrowie Kostii aż do dna!
Czeremchy kwieciem obsypane
Bulwar francuski pełen róż
Kostia zakochał się na amen
Nowina się rozniosła już
Rybacy w porcie coś szeptali
Aż przyszedł weseliska dzień
A gdy tragarze tańcowali
Buty skrzypiały im że hej!
O Odessie całej nie opowiesz,
Ale o tym wie, kto miasto zna,             
Dzień i noc hulała piła zdrowie
Brać portowa Kostii moriaka!
 

Śnij o mnie, śnij
(tłumaczenie: Dream a Little dream of me)
Noc w gwiezdnych zimnych ogniach
Szeptałaby, że kocha, gdyby mogła
A ptasi trel w platanach wciąż brzmi
Choćby chwilkę śnij o mnie śnij
Bon motem rzuć i całuj
Obejmij mnie i pięknie okłamuj
Gdy kiedyś z oczy spłyną mi łzy
Choćby chwilkę śnij o mnie Ty
Pogasły podniebne latarnie
Zabrakło twych warg
Powracasz wspomnieniem przynajmniej
Gdy nucę tak
Sen słodki słońca promyk
Odnajdzie cię i smutki przegoni
Nie broń się przed nim otwórz mu drzwi
Choćby chwilkę śnij o mnie śnij
Pogasły podniebne latarnie
Zabrakło twych warg
Powracasz wspomnieniem przynajmniej
Gdy nucę tak
Sen słodki słońca promyk
Odnajdzie cię i smutki przegoni
Nie broń się przed nim otwórz mu drzwi
Choćby chwilkę śnij o mnie śnij
Sen słodki słońca promyk
Odnajdzie cię i smutki przegoni
A w słodkim śnie gdziekolwiek byś był
O to chodzi byś o mnie śnił
 

RÓŻNE
 

***
Skały w Etretat
Tulił morski kurz
Turkusowy blask, cichy wiatr, spokój barw, oddech fal ciepłych mórz
Aż do kresu wód
Spłynął z nieba żar
Chłonął lazurowy chłód i topił światło w żywym srebrze fal
Może właśnie tu
Skończył dzieło swe
Spracowany Bóg, z czoła pot, z oka skra, rzeźbił świat szósty dzień,
Potem czasu szmat
Nikt nie wiedział że
Świat się zaczął w Etretat  aż odkrył prawdę tę pan Claude Monet
Gubiąc wzrok chwytał blaski dnia
Katedr wdzięk, słońce w Etretat
Stwórcy skradł z oka jedną skrę
Razem z nią koloryty lśnień, stworzył tak, własny świat – Claude Monet
Nad Tamizą Mgła
Świetlny pył w Rouen
Skały w Etretat, kruchy raj, jasny sen, kilka chwil – schwycić je
Dać im wieczny byt
Żeby chciały trwać
Żeby mogły zawsze lśnić, aby w pełni wybrzmieć mógł ich blask
Nazbyt szybko znów
Nastał siódmy dzień
Ukojenie snu, chociaż brak spojrzeń twych na ten świat, Claude Monet!
Może wołasz tam
Skąd muzyka sfer -
Znajdź też swoje Etretat, pociągnij pędzlem jeszcze raz, mon cher
Gubiąc wzrok chwytaj blaski dnia
Znajdziesz w nich swoje Etretat
Spokój snów, iskrę bożą w tle
Pięknym czyń każdy życia dzień, aż po mrok, tak jak pan  Claude Monet...
 
 
Portowe  miasteczka
W portowych miasteczkach
Późną jesienią
Brak szczęścia
Cholernie po prostu doskwiera
Deficyt ciała
Deficyt pieszczot
W miasteczkach całych
Deficyt szczęścia
I smętnie dryfują
Pijane w sztok kutry
I dym z papierosa
Też snuje się smutny
I jest szaro buro
I jest granatowo
I chmura za chmurą
Pogoda sztormowa
I jest szklana kula
Zupełnie jak morze
I noc jest ponura
I wszystkim jest gorzej
I trawisz te smęty
W pijanych wyszynkach
Dopóki dziewczęca
Nie zbrudzi cię szminka
I nagle tak jasno
Choć nic się nie zmienia
Że kochasz te miasta
Aż do zidiocenia
Pogodę sztormową
I chmurę za chmurą
I że granatowo
I że szaro buro
Pijane w sztok kutry?
Dryfują w ekstazie!
A oczy jej smutne?
A łezka na twarzy?
Że wkrótce wyjedziesz
Z smutnego miasteczka?
Dlatego ten wyrzut
Nadęte usteczka?
Że znowu brak ciała
Pieszczoty i słońca
Za krótko, za mało -
Być miało bez końca
A znów jest sztormowo
I chmura za chmurą
I zbyt granatowo
I zbyt szaro buro
I znowu w miasteczkach
Obrzmiałych jesienią
Jest smutniej troszeczkę
A było weselej...
 
 
Odłóż siekierę człowiecze!
Kiedy błękitna zalewa cię krew
Lub nawet jeśli zwykła jucha
Kiedy się wszystko dzieje wbrew
Nie unoś się nadto - posłuchaj
 Odłóż siekierę człowiecze
 Na zemstę czas zawsze się znajdzie
 I pomyśl, że co się odwlecze
 Smakuje jakoś tak bardziej
Wpierw trzeba toporek przybrudzić
Bez tego nie będzie gangreny
Poczekaj – no z czym do ludzi?!
Gdzie szczerby, a gdzie rdzawe wżery?
 Po pierwsze – z rozwagą, powoli
 Im dłużej tym więcej radości
 Bo jak ma boleć, niech boli!
 Jak rąbiesz to rąb aż do kości
Nie marudź, że cios poszedł obok
Tym lepiej, bo możesz poprawiać
Powoli rąb, rżnij systemowo
To dłużej potrwa zabawa
 Tu przerażonym słuchaczom
 Wyjaśnić pragnę w te pędy
 Że topór jest tylko w przenośni
 Można też w łydkę wbić zęby
A żeby nie było tak straszno
Rzeźniczo i – rzekł bym - topornie
Odłóż siekierkę tę, waszmość
I podejdź do sprawy spokojniej
 Wyczekaj na moment właściwy
 A kiedy już się przydarzy
 Poniechaj, nie bądźże mściwy
 No. 
 Ale można pomarzyć!
Wpierw trzeba toporek przybrudzić
Bez tego nie będzie gangreny
Poczekaj – no z czym do ludzi?!
Gdzie szczerby, a gdzie rdzawe wżery?
 Po pierwsze – z rozwagą, powoli
 Im dłużej tym więcej radości
 Bo jak ma boleć, niech boli!
 Jak rąbiesz to rąb aż do kości!
 
 
Błękit

Nocą mokrą od gwiazd
Rozświetloną od łez
Spadających na twarz
Jak ten wczorajszy deszcz
Czas pijany z nas drwi
Z tamtych nocy i dni
Martwych dni
Kroplą deszczu spod chmur
Płatkiem róży u nóg
Niespełnieniem ze snu
Jedną z tysięcy dróg
Gaśnie blask rannych zórz
Nie powtórzą się już
Tamte dni
Milknie tu każdy sztorm
W żaglach zamiera wiatr
Wracać tam? Boże broń!
To jest już tamten świat
Strzępy snów gwiezdny pył
Z tych przeżytych już chwil
Żyzny pył
Nocą mokrą od gwiazd
Rozświetloną od łez
Spadających na twarz
Jak ten wczorajszy deszcz
 
 

Nadmorski  los

Gdzie wiatr wydmy nęka
W nadmorskim kurorcie
Samotna panienka
Szuka szczęścia w porcie
Samotna panienka –
Albo – samodzielna
Tak na własną rękę
Szczęście chce poderwać...
Hej, Ha! Nadmorski los – przyjechała goła 
Napełniła trzos
Hej, Ha! Dziewczyna twa – kochała cię bardzo
Do sakiewki dna
Hej, Ha! Sztormowy krok – trochę był za mocny
Marynarski grog
Hej, Ha! Wiatr maszty gnie – nie ty jeden bracie
Ronisz po niej łzę
Gdzie wiatr fale goni
Dla płochej pieszczoty
W porcie jacht się schronił
Króla terrakoty
Jacht się schronił w porcie
Król szuka panienki
Co za parę groszy
Odda mu swe wdzięki
Hej, Ha! Nadmorski los – przyjechałeś z kasą,
Teraz pusty trzos
Hej, Ha! Dziewczyna twa – kochała cię bardzo
Do sakiewki dna
Hej, Ha! Sztormowy krok – trochę był za mocny
Marynarski grog
Hej, Ha! Wiatr maszty gnie – nie ty jeden bracie
Ronisz po niej łzę
Ten król terrakoty
Co miał jacht i konto
Spłukał się do joty
Sprzedał jacht,  ma ponton
A samotne dziewczę
Przelicza banknoty –
Odnalazła szczęście
Z królem terrakoty
Hej, Ha! Niejeden raz – w najlepszym momencie
Ulatuje gaz
Hej, Ha! Nadmorski los – nie ty jeden w porcie
Utraciłeś trzos
Hej, Ha! Nie będzie źle – reje nie są po to
Żeby wieszać się!
Hej, Ha! Następny szkwał, zmieni zakończenie
W to, co będziesz chciał!
Był wiatr – już jest orkan
Trzeszczą falochrony
Nie zmówisz paciorka
To jesteś zgubiony
Samodzielnej pannie
Też się sztorm przydarzył –
Bo się zakochała
W pięknym marynarzu
Hej, Ha! Niejeden raz – w najlepszym momencie...
Wiatr pomylił strony
Porywisty zmienny
Jakiś pomylony
Prawie że jesienny,
Dziewczę zapłakane
Tęsknym wodzi wzrokiem
Gdzie po marynarzu
Ostał się kilwatter     (czytaj kil łoter)
Hej, Ha! Nadmorski los, przyjechała goła
Teraz płacze w głos
Hej, Ha! Dziewczyna ta – kochała go bardzo
On ją w nosie miał
Hej, Ha! Sztormowy krok – wracaj szukać szczęścia
Wracaj tu za rok!
Hej, Ha! Wiatr maszty gnie – nie ty jedna w porcie
Ronisz po nim łzę!
 
 

***
Wykręć numer,
Najszczęśliwszy numer w twoim życiu
Postaw wszystko,
To co masz i na co możesz liczyć
Zgarnij pulę,
Nim kto inny to za ciebie zrobi
Możesz wygrać
Rozpalone żądze w twojej głowie
Kup sobie miłość
Kup sobie domek wraz z rodziną
W pieniądzu siła
Kup łagodniejszy klimat
Kup sny w kolorze
Piękniejsze niż polarne zorze
Ekran plazmowy
Kup zestaw wspomnień nowy
Wykręć numer,
Najszczęśliwszy numer w twoim życiu
Postaw wszystko,
To co masz i na co możesz liczyć
Zgarnij pulę,
Nim kto inny to za ciebie zrobi
Możesz wygrać
Rozpalone żądze w twojej głowie
Kup podniecenie
W zestawie razem ze spełnieniem
Bądź wyrazisty
Z pomocą wizażysty
Urządzaj party
A będziesz (znacznie, dużo) więcej warty
Wyjdziesz na ludzi
Szacunek będziesz budził
Wykręć numer,
Najszczęśliwszy numer w twoim życiu
Postaw wszystko,
To co masz i na co możesz liczyć
Zgarnij pulę,
Nim kto inny to za ciebie zrobi
Możesz wygrać
Rozpalone żądze w twojej głowie
Kup sobie miłość…
 
 

Hulaj dusza
Do góry nogami, jak w diabelskim młynie
Jak na karuzeli, tak jak w luna parku
W opętanym rytmie – w życiu tak jak w kinie
Zamazany obraz, akcja płynie wartko...
Kto się nie załapał, po tym barwna smuga
Kto jeszcze nie ochrypł, krzyczy wniebogłosy
Ponad nami tylko jedna gwiazda mruga
I ciągnie do góry za skręcone włosy
Hulaj, hulaj, hulaj dusza
Razem z nami, z wiatrem w uszach
Ruszaj z posad bryłę świata
Niech się też nauczy latać!
Hulaj, hulaj, hulaj dusza...
Nic się tu nie liczy, co zostaje w tyle
W kolorowych smugach nie rozpoznasz ludzi
Jeśli zamkniesz oczy, choć na krótką chwilę
To w tym samym miejscu już się nie obudzisz...
Do góry nogami, jak w diabelskim młynie
Jak na karuzeli, tak jak w luna parku
W opętanym rytmie – w życiu tak jak w kinie
Zamazany obraz, akcja płynie wartko...
A ty hulaj, hulaj dusza
Razem z nami, z wiatrem w uszach
Ruszaj z posad bryłę świata
Niech się też nauczy latać
A ty hulaj, hulaj dusza...
 
 
 
Dobry dzień
Przyszedł dzień, jak zwykle z rana
Wpadł przez okno i już został
Jeszcze trochę niewyspana
Uśmiechnęłam się do gościa
Szybko mu zrobiłam kawy
Popatrzyłam prosto w oczy
On zapytał: jak tam sprawy
Proszę pana, dziś uroczo!
Dzisiaj będzie dobry dzień
Pełen słońca, pełen ludzi
Dobry dzień mnie dzisiaj zbudził
Dobry dzień, dobry dzień
Na dzień dobry mnie polubił
Może nawet się zakochał
Bo ja w nim... I owszem, trochę
Dobry dzień
Dobry dzień  - typ południowy
Pachniał trawą słońcem deszczem
Mój kochanek jednodniowy
Mój najlepszy dzień do pieszczot
Gdy opuszczał mnie wieczorem
Mówił: przyjdę jutro z rana
No i poszedł, w samą porę
Bo już noc do drzwi stukała
Dobra noc, dobra noc
Nie przychodzi nigdy sama
Rano znika potargana
Dobra noc, dobra noc
Na dobranoc mnie przytula
No a potem – tajemnica –
I się spełnia obietnica
Dobry dzień!
Dobry dzień, dobry dzień...
 
 

***
Kiedy, by milczeć słów zabrakło
Kiedy pieszczota nie zamyka
Leniwych ust, co tylko łakną
Ust innych
I mieć co połykać
Kiedy na skargę nie ma siły
Bo już jej tyle tutaj było
Choćby się słowa nam myliły
Trzeba się zmusić,
Nawet siłą
I śpiewać że powrócą ptaki
Że będzie płowieć włos od słońca
Że niedaleko do Itaki
Ot tam za rogiem i do końca
Gdzie oczy niosą, krew nie woda
To w końcu nie jest tak daleko
Nie trzeba nawet iść po schodach
Byleby nie stać i nie czekać
Kiedy by milczeć, słów zabrakło
Kiedy pieszczota nie zamyka
Leniwych ust, co tylko łakną
Ust innych
I mieć co połykać
Nie warto dłużej stać i czekać
Na słowa o potężnej treści
Bo tak naprawdę, kto ich ciekaw?
Piękniejsze piosnki są niż pieśni
Śpiewajcie, że powrócą ptaki...
 
 
Piosenka o niczym
Piosenka o niczym,
To byłoby coś!
O cienkiej granicy,
Co czwórdzieli włos
Nie bardzo o pustce,
Tej w  środku i w krąg
W wątrobie i trzustce
I o drżeniu rąk.
I też nie o braku
Kto co by tam chciał
Dziewiczych wciąż szlaków
Nie przetartych ciał.
Już raczej o myśli
Uśpionej gdzieś w tle,
Gdy światło wytryśnie
W dusz auto da fe
O trwaniu w pejzażu
W migawce spod rzęs,
Gdzie nic się nie zdarza
Prócz konsumpcji szczęść
Piosenka o niczym...
To byłoby coś!
To byłoby byczo
Indyczo na wskroś!